Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zawiadamia o sukcesie akcji Polskie Powroty. Udało się nakłonić 22 polskich naukowców do przyjazdu z zagranicy i podjęcia pracy w ojczystym kraju. Każdy z nich przepracował co najmniej 2 lata za granicą, co gwarantuje iż posiadł "wiedzę z zakresu najnowszych trendów badawczych w swojej dziedzinie". Jest to ważne, ponieważ pracujący w kraju uczeni nie posiedli takiej wiedzy, lub posiedli ją w stopniu niewystarczającym. W dobie internetu, tłumnych wyjazdów na międzynarodowe konferencje naukowe oraz wolnego dostępu do Cell, Science i Nature (o innych międzynarodowych periodykach nie wspominając), jest to co najmniej zastanawiające.
Nie wiadomo, dlaczego wiedza na temat najnowszych trendów występuje wyłącznie za granicą, ale można snuć różne przypuszczenia. Być może zagraniczni uczeni czerpią ją z jakiś ukrywanych przed pracującymi w Polsce uczonymi, lub wysysają ją z mlekiem niepolskiej matki. Może zresztą korzystają (podobnie jak uczeni z Polski) z ogólnodostępnych kanałów informacji, lecz posiadają specjalny zmysł najnowszości. Sprawa wymaga badań psychoewolucyjnych, które - miejmy nadzieję - zostaną sfinansowane przez NCBiR.
Ministerstwo liczy na to, że obecność powracających do macierzy rodaków "pozwoli powiększyć poziom ich umiędzynarodowienia" (chodzi o uczelnie, a nie rodaków, ci bowiem już ulegli umiędzynarodowieniu). Powiększanie umiędzynarodowienia nauki za pomocą żywiołu przyjezdnego wprawdzie, ale narodowego ze swej istoty, to bardzo interesujący pomysł. Ale nie wiadomo czy skuteczny, biorąc pod uwagę miażdżącą przewagę liczbową miejscowych (100 000 : 22).
Każdy ze sprowadzonych do Polski uczonych dostanie ponad 2 mln zł i z pewnością na tym się nie skończy. Nie wyobrażam sobie, by nie poszło za tym dodatkowe dosmaczanie za pomocą grantów NCN i (lub) NCBiR. W sumie fundusze przeznaczone na rozwój nauki w Polsce mogą okazać się za małe dla przyciągnięcia wystarczającej liczby obdarzonych zagranicznymi charyzmatami uczonych. Jak to się dzieje, że różne światowe uczelnie załatwiają sobie umiędzynarodowienie ściągając badaczy dysponujących międzynarodowymi grantami, my zaś musimy do tego interesu dopłacać ? Biorąc pod uwagę hektary niewykorzystanej (i doskonale wyposażonej) powierzchni laboratoryjnej nie powinniśmy przecież mieć z tym większego kłopotu.
Łatwo przewidzieć długofalową dynamikę programu Polskie Powroty. Najlepsi spośród jego beneficjentów uciekną za granicę zaraz po zakończeniu programu, by uniknąć finansowej degradacji związanej z pobieraniem krajowej pensji profesora, pozostaną zaś ci słabsi, bez perspektywy urządzenia się gdzie indziej (choćby nawet i w Turcji, gdzie profesorowie są znacznie lepiej opłacani). Sytuację ratować będą kolejni przybysze, którzy wpasują się w opisany mechanizm itd. No chyba że rząd planuje udzielenie przyjezdnym dożywotnich gwarancji finansowych, ale jeszcze o tym nie mówi. Wtedy opisany wyżej mechanizm nie zadziała i polskie uczelnie zaroją się od zadowolonych z życia rentierów.
Oczywiście najprostszym rozwiązaniem byłoby ustalenie pensji profesorskich na zadowalającym poziomie, ale rząd zadbał w ustawie innej niż wszystkie by do tego nie doszło, uzależniając wynagrodzenia pracowników niższego szczebla od wysokości wynagrodzenia profesora. Jakiekolwiek podwyższenie tego ostatniego będzie pociągało za sobą nieproporcjonalnie wysokie koszty dla uczelni, co skutecznie sparaliżuje cały system i doprowadzi go wcześniej czy później do upadku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz