czwartek, 4 stycznia 2018

POLITYKA KOLONIALNA I NAUKOWA

Zacznę od tej pierwszej. Można ją także nazwać imperialną, ponieważ do perfekcji opanowało ją rozległe imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce. Zanim zabrało się za sprytniejsze sposoby utrzymywania podbitych narodów w posłuszeństwie, rządziło przemocą, co było dość kosztowne. Wdrożyło więc tańsze, oparte na odkryciach pedagogiki społecznej metody nakierowane na zmianę świadomości podbitych ludów, wpędzając je w chytrze zaplanowaną podległość mentalną i kulturową.

To odpowiedzialne zadanie szybko przekazano lokalnym elitom, a właściwie tej ich części, która przeszła pranie mózgu w metropolii. Po odpowiednim podrasowaniu zyskiwały one gwarancję błyskotliwej kariery w kluczowych sektorach: administracji, przemyśle, kulturze, co wygenerowało wśród podległego im ludu przekonanie, że chociażby otarcie się o metropolię jest warunkiem objęcia dobrze płatnego/eksponowanego stanowiska. To przekonanie stanowi jeden z fundamentów świadomości postkolonialnej, będącej po upadku tradycyjnych imperiów gwarantem utrzymania eksploatowanych obszarów w stanie podległości. Drugim jest przekonanie o wyższości metropolii nad kolonią pod każdym względem. Zgodnie z nim wszelka działalność w niej prowadzona jest na zdrowszych zasadach, idee i odkrycia tam powstałe mają większą wagę, procedury są o wiele skuteczniejsze, a produkty lepsze. Idea ta straciła by szybko zwolenników, gdyby nie znajdowała potwierdzenia w faktach. Działania metropolii są jednak (tak na wszelki wypadek) dwukierunkowe: z jednej strony skupiają się na kreowaniu jakości organizacyjnej i wytwórczej u siebie, z drugiej zaś na pilnowaniu, by porównywalna jakość nie mogła powstać na skolonizowanym obszarze*. Jeśli zdarzyło by jej się jednak jakimś cudem zaistnieć w miejscu do tego nieprzewidzianym, metropolia podejmie zdecydowaną ofensywę propagandową mającą na celu wykazanie, że sukces lokalsów nie byłby możliwy bez jej pomocy. Wszystko to wpędza skolonizowane narody w stupor, który ułatwia przeprowadzanie na nich różnych skrajnie niebezpiecznych operacji, np. reformowania ich gospodarek w oparciu o absurdalne założenie, że będą one zadowalająco funkcjonowały bez własnego przemysłu i własnych fachowców. 

Zmiany układów politycznych i powstanie nowych, często ponadnarodowych/korporacyjnych potęg powodują że wkraczają one z tym samym pedagogicznym programem na wyznaczone do eksploatacji tereny, co utrudnia wykreślenie mapy rozlicznych obecnie funkcjonujących zależności. Mimo to, można bardzo łatwo określić, które kraje są eksploatowane, a które nie. W tych, które nie są, świadomość postkolonialna jest nieobecna.

Nasza polityka naukowa opiera się na założeniu, że żaden polski uczony nie jest w stanie odnieść znaczącego sukcesu bez wsparcia z zewnątrz. Jeśli nie odbył przynajmniej jednego długoterminowego stażu za granicą nie zasługuje na awans, stopień lub tytuł naukowy i skazany jest na marginalizację lub nawet zwolnienie. Ocena jego przydatności do zawodu opiera się wprawdzie, teoretycznie rzecz biorąc, na jakości jego naukowych dokonań, ale w praktyce (np. w staraniach o tytuł naukowy lub w postępowaniach awansowych) brak zagranicznego stażu ogranicza mu lub nawet odbiera szansę na sukces (szczególnie "błyskotliwy"). Tak więc karierę robią u nas wyłącznie uczeni przeszkoleni w zagranicznych (a dokładniej rzecz biorąc zachodnich) ośrodkach naukowych, i to bez względu na rangę tych ośrodków i faktyczne korzyści z tego wyniesione. Ponadto obowiązujący system oceny jakości osiągnięć naukowych, oparty na punktacji czasopism, a nie odkrywczości opublikowanych w nich prac (której zresztą nikt nie ma najmniejszego zamiaru oceniać) powoduje, że osoby legitymujące się odpowiednią liczbą jakoś tam uskrobanych punktów i kilkumiesięcznym pobytem na Zachodzie nie mają problemu z uzyskaniem stopnia/tytułu naukowego i innych korzyści (stanowiska, granty). Ten smutny obraz dopełnia podzielane przez większość naszych uczonych przekonanie, że polska nauka może zadowalająco funkcjonować bez własnych czasopism na przyzwoitym (międzynarodowym) poziomie. "Zadowalająco" nie oznacza tu oczywiście samodzielnie, no ale jak wyżej pisałem, "samodzielność" to słowo wśród krajowych elit surowo zakazane. Jeden z nielicznych rozsądnych głosów na ten temat mówi, że obecna polityka naukowo-wydawnicza to "zbrodnia dokonywana z zimną krwią na polskiej nauce".  

Mało komu przeszkadza nieuniknionie związany z tymi szaleństwami spadek poziomu habilitacji i brak znaczących sukcesów wykuwanej w CK kadry akademickiej. Dziś każdy głupek (nawet ministerialny), stawia łatwą diagnozę:

... zauważalna jest inflacja uprawnień do nadawania stopnia doktora habilitowanego który coraz ciężej uznać za jakikolwiek wyznacznik naukowej doskonałości ...,
 - a nawet wymyśla cudaczne lekarstwa:
Nowe rozwiązanie ustawowe usuwa obecnie istniejący wymóg wykazywania w postępowaniu habilitacyjnym jedynie osiągnięć uzyskanych po doktoracie.

No i pięknie ! Jak jakiemuś szczylowi uda się załapać na studia doktoranckie do mocnego laboratorium, gdzie operując umiejętnie pipetą bądź inną zlewką zasłuży sobie na udział w kilku publikacjach zaplanowanych i napisanych przez innych, może już spokojnie przyjeżdżać do Polski i robić sobie w niej karierę (choćby już nic sensownego na miejscu nie wymyślił).  

Są także inne, równie odkrywcze pomysły. Jak dowiadujemy się z pewnej publikacji:

Habilitacja w obecnym kształcie jest efektem kompromisu sił "za" i "przeciw". Decyzja zapada de facto w wąskim gronie Komisji Habilitacyjnej. Proponujemy dwie ścieżki:
a) standardową, poprzez habilitację w obecnej formie autoreferatu i sklejki prac, lecz wspartej obligatoryjnym referatem przed wybraną Radą Wydziału .....
b) niestandardową, poprzez przedstawienie wybitnego osiągnięcia, popartego recenzjami wybitnych specjalistów w danej dziedzinie. Dodatkowym wymaganiem byłby w tym przypadku co najmniej dwuletni pobyt naukowy w dobrym ośrodku zagranicznym oraz uzyskanie tam rezultatów uznanych przez recenzentów za znaczące.

Wynika z tego, że powinny istnieć habilitacje różnej prędkości: jedna dla przeciętniaków, druga zaś dla osób "wybitnych", kończące się o dziwo ostatecznym zrównaniem geniusza z głupkiem na poziomie stopnia dr hab. Cel tej operacji pozostaje niejasny. Jasne jest jednak to, że tzw. wybitne osiągnięcie naukowe wymagane w punkcie b) nie stanowi samo w sobie jakiejś specjalnej zasługi. Musi być ono dodatkowo uwiarygodnione dwuletnim pobytem naukowym za granicą "oraz uzyskaniem tam rezultatów uznanych przez recenzentów za znaczące". A jeśli ktoś ma wybitne osiągnięcie/osiągnięcia naukowe i ponadto uzyskał "znaczące rezultaty" pracując w polskim laboratorium, a nie zagranicznym, to co ? 
- To pstro - chciało by się odpowiedzieć w imieniu autorów.
Trudno pozbyć się podejrzenia, że przedstawiona propozycja ma na celu wyłącznie zablokowanie awansu uczonym, którym udało się coś znaczącego osiągnąć bez obowiązkowego szkolenia za granicą (gdzie, jak wszystkim wiadomo, rozdawane są niezbędne do uprawiania nauki w Polsce charyzmaty). 
Dobrze, że przynajmniej w II RP nikomu takie pomysły nie przychodziły do głowy. Pewnie dlatego możemy dziś wspominać kilku niezłych, całkiem rodzimych uczonych z tego okresu. Trudno to sobie w ogóle wyobrazić, ale niejaki Stefan Banach wymyślał swoje wybitne osiągnięcia w kawiarni we Lwowie, a jak wyjechał na rok (nie na dwa) do Paryża, to nie chciało mu się nawet nawiązać kontaktu z tamtejszymi uczonymi. By uzyskał tam jakieś "znaczące rezultaty", nic nie wiadomo. 

No ale teraz jest fajniej i będziemy się dobrze bawili, obserwując kolejne kuracje aplikowane polskiej nauce przez polskich uczonych. Przynajmniej to jedno jest pewne. 

* tylko jedno imperium nie promowało jakości u siebie w większości dziedzin (chociaż utrudniało jej wyłonienie się w podbitych krajach). I to jest jedyny powód dla którego uwolnione spod jego panowania ludy  nie pozostają w żadnej od niego mentalnej zależności. No ale któż by chciał nawet wtedy chodzić w ruskich butach lub garniturze, albo jeździć na wczasy Zaporożcem. Chyba jakiś wariat. Dlatego jeszcze w czasie trwania tego cyrku Zachód zyskiwał powoli mentalną władzę nad Polakami, porównującymi jakość jego produktów z tymi spoza wschodniej granicy. Jakość to największa kolonialna potęga ! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz