Ponieważ nie należy narzekać i krytykować, nie proponując w zamian konkretnych rozwiązań, przedstawiam plan reformy nauki mojego autorstwa (reforma 3.0). Plan można będzie wdrożyć po kompromitacji obecnej reformy 2.0, która nastąpi nieuchronnie. Najpóźniej za jakieś pięć lat rozpęta się kolejna debata nad koniecznością uzdrowienia polskiej nauki, i będzie jak znalazł.
Plan dotyczy nauki, nie obejmuje więc dziedzin akademickich nauką nie będących, tzn. humanistyki, nauk społecznych (wraz z ekonomią) oraz teologicznych. Pakowanie ich do wora wraz z nauką i reformowanie tego en bloc skazane jest z góry na klęskę. Doceniając propagandową rolę w/w dziedzin oraz ich przydatność dla zarządzających ludzkimi masami mandarynów, należy przyznać im odpowiednie (godziwe) środki, by mogły funkcjonować wedle odrębnych zasad. To samo dotyczy po części dziedzin technicznych/praktycznych, z tym, że są one jak najbardziej reformowalne, ale wprzęgnięte w realizację państwowej polityki podlegają licznym ograniczeniom, którym żadna wypichcona w MNiSW reforma nie zaradzi. Jeśli, dajmy na to (nie posiadam danych), w obecnym systemie 3/4 "funduszy na naukę" przeznaczana jest na te dziedziny, niech tak zostanie.
No ale do rzeczy.
Reforma 3.0 opiera się na realistycznym założeniu, że żadnych ekstra pieniędzy na naprawdę przełomową reformę nauki nie ma i nie będzie. Trzeba zadowolić się tym, co jest i gospodarować efektywnie. Ponieważ jednak znaczna część środków jest obecnie marnowana, istnieje rezerwa, którą można dla dobra nauki uruchomić. Aby to nastąpiło, należy wykonać kilka prostych operacji.
W zakresie źródeł finansowania: Zlikwidować zupełnie nieefektywne agencje grantowe (NCN i NCBiR) i powrócić do finansowania badań przypominającego dawne dotacje (DS/BW).
System grantowy się w Polsce nie sprawdził. Nie doprowadził ani do polepszenia jakości badań, ani do wzrostu innowacyjności. W dodatku jego utrzymanie jest bardzo kosztowne. Uruchomienie tego molocha nie wiązało się z wyłożeniem dodatkowych środków, o które mogliby konkurować najlepsi, lecz z ogołoceniem jednostek naukowych z DS i BW i w konsekwencji drastycznego ograniczenia zakresu prowadzonych w nich badań. Zamiast tworzyć w spokoju podstawę dla osiągnięć mogących ewentualnie rodzić szansę uzyskania dodatkowych pieniędzy na szczególnie obiecujące projekty, wszyscy uganiają się za grantami bez których nie mogą prowadzić zwyczajnej/standardowej działalności naukowej. W tym systemie, rugującym większość badaczy lub (w najlepszym przypadku) sprowadzającym ich do roli podwykonawców u grantowych beneficjentów, tkwimy od lat, marnując ludzkie możliwości i kręcąc się w koło jak pies za własnym ogonem. Obniża to znacznie średni poziom nauki w naszym kraju, ten zaś odgrywa decydująca rolę w tym, jak jest ona postrzegana na świecie. Dobry przeciętny poziom nauki stanowi bowiem podglebie z którego wyrastają osiągnięcia wybitne. Tak jest na całym świecie i nic tego nie zmieni.
Gdyby z jakiś względów (np. wymogów unijnych) zupełne odejście od systemu grantowego nie było możliwe, należy okroić go do minimum, a granty przyznawać na drodze losowania. Przyniesie to znaczne oszczędności (jednorazowy zakup maszyny do losowania, zamiast stałego utrzymywania rozdętej i nieskutecznej machiny urzędniczej), a efekt będzie taki sam, jeśli nie lepszy. O pogorszeniu nie ma mowy.
W zakresie podziału środków: Należy odstąpić od premiowania czasopism i zastąpić je premiowaniem osiągnięć naukowych. Od systemu punktowego (chyba) nie da się uciec (trzeba to jakoś liczyć), ale można go zmodyfikować. Ponieważ miarą osiągnięcia naukowego jest to, jaki ono wzbudziło odzew u innych badaczy ("innych" jest tu słowem kluczowym), a nie to, gdzie zostało opublikowane, punkty powinny być przyznawane nie za fakt pojawienia się jakiejś pracy w jakimś czasopiśmie, ale za liczbę cytowań (po odliczeniu autocytowań). Ponieważ nie da się tego robić na bieżąco w odniesieniu do świeżo opublikowanych prac, należy oceniać liczbę cytowań uzyskaną przez daną jednostkę w okresie podlegającym ocenie. Żeby
to zadziałało, ocena musi uwzględniać dynamikę cytowań w konkretnej
dziedzinie nauki. Nie jest to trudne, ponieważ dane na ten temat w światowych bazach istnieją i
można po nie sięgnąć.
W przypadku oceny indywidualnej (prowadzonej na potrzeby instytucji) należy oczywiście robić to w odniesieniu do stażu badacza, dzieląc pracowników na określone grupy oraz uwzględniać cytowania prac ogłoszonych w nie bardzo odległym okresie (np. ostatnich 10-ciu lat, co ujawni badaczy wprawdzie zasłużonych dla nauki, ale od długiego czasu bez osiągnięć). W tym systemie najmłodsi badacze powinni być ewentualnie oceniani w oparciu o liczbę/miejsce opublikowanych prac, tak jak do tej pory. Ten system oceny skutecznie wyłoni zarówno liderów jak i maruderów (oraz zdemaskuje fałszywe "autorytety naukowe", plagę z którą do tej pory sobie nie poradzono).
Proponowany system dotyczy tego, co ważne, a nie "zdarzeń publikacyjnych" bez jakiegokolwiek znaczenia dla rozwoju nauki. Likwiduje większość patologii, z którymi nie sposób skutecznie walczyć w ramach obecnego systemu: nadprodukcję przyczynkarskich prac, marnowania pieniędzy na druk makulatury, plagę autocytowań, przekręty przy przyznawaniu grantów, etc. W wymiarze kadrowym, skutecznie premiuje osoby o znaczącym dla danego środowiska/dziedziny dorobku, a eliminuje żerujących na obowiązującej obecnie bibliometrii spryciarzy oraz indywidua wykorzystujące osobiste układy do budowania sobie niezasłużonej pozycji w naukowym zaścianku. Proponuje, zamiast forsowanego z uporem przez ministerstwo "dziedziczenia prestiżu" czasopism, budowanie prestiżu w oparciu o rzeczywisty dorobek naukowy, zarówno instytucji jak i konkretnego badacza.
Chociaż prestiż czasopisma naukowego wynika ze średniej cytowalności zamieszczanych w nim prac, cytowalności konkretnej pracy nie sposób wywieść ze średniej dla czasopisma w którym została opublikowana. Jest rzeczą ogólnie znaną, że wartość przebicia czasopisma budują stosunkowo rzadkie, bardzo dobre (stąd często cytowane) prace. Większość prac osiąga cytowalność znacznie poniżej średniej czasopisma, tylko nieliczne mieszczą się w granicach wyliczonej średniej. Osławione "dziedziczenie prestiżu" czasopisma przez wydrukowane w nim prace jest kompletną bzdurą. Opieranie na nim oceny instytucji i uczonych uniemożliwia właściwą ocenę poziomu naukowego, od której zależy prawie wszystko, jeśli chcemy sensownie zreformować polską naukę.
Jeśli pójdą za tym pieniądze, cała reszta to didaskalia. W sam raz dla ministerialnej szlachty i uczelnianych mandarynów. Istnieje szansa, że dadzą sobie z tym radę. Jeśli by sobie nie poradzili, to trzeba będzie pomyśleć o reformie 4.0.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz