czwartek, 26 października 2017

PUSTE TACZKI

Nie jest już dla nikogo tajemnicą, że polska nauka jest zapóźniona, choć nasi uczeni uwijają się jak w ukropie, aby to odkręcić. Stan pobudzenia uczonych wzmaga się nieprzerwanie od 1991 roku, kiedy to powołano pierwszą rządową agencję grantową (KBN) rozdzielającą pieniądze na badania na drodze konkursowej. Od tej pory rozpoczęły się wyścigi o granty, choć środki na nie przeznaczone były skromniejsze niż dzisiaj. Nie przyniosło to spodziewanych efektów (wzrostu poziomu naukowego, znajdującego odzwierciedlenie w międzynarodowych rankingach), więc w 2005 roku ministerstwo zlikwidowało KBN i zaczęło samo przeprowadzać konkursy. Miało być lepiej, wyszło gorzej. Procedury kulały, pieniędzy na granty było znowu za mało, ale co sprytniejsi uczeni trochę się obłowili. Reszta jakoś ciągnęła dzięki funduszom na badania własne (BW) i dotacje statutowe (DS), które umożliwiały im prowadzenie badań i chwalenie się ich wynikami w corocznych sprawozdaniach. 

Niestety, pozycja polskiej nauki w międzynarodowych rankingach pikowała ostro w dół i to bardzo martwiło ministerialną szlachtę. Doszła więc do wniosku, że lekarstwem będzie zwiększenie funduszy na granty. Mimo szumnych zapowiedzi, dodatkowe pieniądze na ten cel nie pojawiły się i autorzy reformy z 2011 roku musieli coś wykombinować. Zabrali więc uczelniom BW, drastycznie okroili DS i wyszarpane w ten sposób fundusze zasiliły nowo powołane agencje grantowe (NCN i NCBiR). Spowodowało to zachwianie równowagi finansowej uczelni oraz grantowy obłęd instytucji naukowych oraz uczonych, pozbawionych z nagła niewielkich, ale jednak stabilnych środków na funkcjonowanie. Szczególnie boleśnie odczuła to sfera badań podstawowych. Aby się rozwijać wymaga ona w dłuższej perspektywie choćby skromnych, ale w miarę pewnych funduszy. No i trochę spokoju. W zamian może ona dostarczyć, jako jedyna, znaczących wyników i publikacji, które bardziej niż jakiekolwiek inne rzutują na poziom nauki w danym kraju. Mam oczywiście na myśli badania podstawowe z zakresu nauk prawdziwych, a więc np. fizyki, chemii, biologii. Za finansowanie tego typu badań odpowiada NCN, który najwyraźniej z tym problemem sobie nie radzi. 

Po sześciu latach działalności tej agencji trudno mówić o jakimś sukcesie. Dostęp do rozdzielanych w niej grantów uzyskało bowiem dobrze ustawione w kilku najmodniejszych dziedzinach towarzycho, które urządziło sobie z NCN paśnik dla siebie i swoich kolegów. Dla osób spoza tego kręgu otrzymanie grantu graniczy z cudem. Każdy sposób na odwalenie niewygodnego wniosku jest dobry, a uwagi krytyczne recenzentów i członków specjalistycznego panelu to niejednokrotnie kompletna żenada. Podejrzewam że podobnie (albo i jeszcze gorzej) funkcjonuje NCBiR. W końcu są tam jeszcze większe pieniądze do wzięcia ...... 
Działalność kolejnych agencji grantowych nie doprowadziła do żadnego polepszenia pozycji polskiej nauki w międzynarodowych rankingach. Ilość publikowanych prac wcale nie wzrosła w stosunku do wzrostu zanotowanego w innych krajach, natomiast utrzymanie Polski w latach 2004-2016 na 19-20 pozycji w tej kategorii zostało okupione wyraźnym spadkiem ich poziomu, którego miarą jest przeciętna liczba cytowań przypadających na jedną publikację. Innymi słowy, publikujemy wprawdzie więcej prac, ale gorszych. W dodatku ten przyrost liczby prac nie jest wcale większy niż w innych krajach. Ciekawostką niech będzie to, że w latach 1996-2003 nasza pozycja oscylowała między 16-tym a 18-tym miejscem, a do 2001 roku pokrywała się nawet z pozycją zajmowaną pod względem cytowań przypadających na jedną pracę (co można łatwo stwierdzić, analizując dane ze SCIMAGO, portalu bazującego na SCOPUS, największej międzynarodowej bazie gromadzącej tego typu dane). Oczywiście sytuacja w różnych dziedzinach jest różna, np. w dziedzinie nauk rolniczych i biologicznych jest jeszcze gorsza, co wskazuje że komisje przyznające tam granty są wyjątkowo nieudolne. W obliczu tych faktów bajdurzenie [1,2] o dobroczynnym wpływie konkursowego trybu przyznawania funduszy na badania należy włożyć między bajki.
Pozycja polskiej nauki pod względem liczby publikacji (LP) i przeciętnej liczby cytowań przypadających na jedną publikację wg SCIMAGO. Aby uniknąć zaburzeń, wynikających z incydentalnego pojawiania się pojedynczych wysoko cytowanych prac z krajów o marginalnej produkcji naukowej (np. sytuacji w której w danym roku Bermudy zajmują pod tym względem wyższą pozycję od Stanów Zjednoczonych), uwzględniono jedynie kraje wypuszczające min. 10.000 prac/rok (wszystkie dziedziny) lub 500 prac/rok (nauki rolnicze i biologiczne). Pionowa oś - pozycja kraju, pozioma oś - kolejne lata (1996-2016).        

Z powodu nieodpowiedzialnych działań kolejnych reformatorów, obecnie większość uczonych reprezentujących specjalności wymagające większych nakładów niż filozofia czy socjologia zajmuje się przede wszystkim walką o granty. Do poważnej pracy naukowej nie mają głowy, bo ich aktywność na tym polu skutecznie zaburzają kolejne terminy konkursów o uspakajających ich zszarpane nerwy nazwach: Opus, Preludium, Harmonia, Tango, Sonatina, etc. Albo przygotowują następny wniosek, albo oczekują na odwalenie poprzedniego i tak w kółko. W przerwach zapoznają się z nowymi warunkami konkursów, pilnie szkolą w pisaniu wniosków, a jeśli pracują na uczelni to jeszcze uczą studentów oraz walczą o tzw. "polepszenie jakości kształcenia" wymyślając coraz to nowe kursy, kierunki studiów, wypełniając sprawozdania, zamówienia, pisząc sylabusy i tak dalej. Ich zachowanie przypomina do złudzenia zachowanie robotnika doby socjalizmu, który gonił po budowie wte i wewte z pustymi taczkami, bo z nadmiaru roboty nie miał czasu ich załadować. 

Wszystko wskazuje na to, że planowana reforma nie weźmie pod uwagę przytoczonych wyżej faktów, więc robotnicy nauki nadal będą gonili wte i wewte z pustymi taczkami, ale szybciej. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz