Niestety, pozycja polskiej nauki w międzynarodowych rankingach pikowała ostro w dół i to bardzo martwiło ministerialną szlachtę. Doszła więc do wniosku, że lekarstwem będzie zwiększenie funduszy na granty. Mimo szumnych zapowiedzi, dodatkowe pieniądze na ten cel nie pojawiły się i autorzy reformy z 2011 roku musieli coś wykombinować. Zabrali więc uczelniom BW, drastycznie okroili DS i wyszarpane w ten sposób fundusze zasiliły nowo powołane agencje grantowe (NCN i NCBiR). Spowodowało to zachwianie równowagi finansowej uczelni oraz grantowy obłęd instytucji naukowych oraz uczonych, pozbawionych z nagła niewielkich, ale jednak stabilnych środków na funkcjonowanie. Szczególnie boleśnie odczuła to sfera badań podstawowych. Aby się rozwijać wymaga ona w dłuższej perspektywie choćby skromnych, ale w miarę pewnych funduszy. No i trochę spokoju. W zamian może ona dostarczyć, jako jedyna, znaczących wyników i publikacji, które bardziej niż jakiekolwiek inne rzutują na poziom nauki w danym kraju. Mam oczywiście na myśli badania podstawowe z zakresu nauk prawdziwych, a więc np. fizyki, chemii, biologii. Za finansowanie tego typu badań odpowiada NCN, który najwyraźniej z tym problemem sobie nie radzi.
Po sześciu latach działalności tej agencji trudno mówić o jakimś sukcesie. Dostęp do rozdzielanych w niej grantów uzyskało bowiem dobrze ustawione w kilku najmodniejszych dziedzinach towarzycho, które urządziło sobie z NCN paśnik dla siebie i swoich kolegów. Dla osób spoza tego kręgu otrzymanie grantu graniczy z cudem. Każdy sposób na odwalenie niewygodnego wniosku jest dobry, a uwagi krytyczne recenzentów i członków specjalistycznego panelu to niejednokrotnie kompletna żenada. Podejrzewam że podobnie (albo i jeszcze gorzej) funkcjonuje NCBiR. W końcu są tam jeszcze większe pieniądze do wzięcia ......
Działalność kolejnych agencji grantowych nie doprowadziła do żadnego polepszenia pozycji polskiej nauki w międzynarodowych rankingach. Ilość publikowanych prac wcale nie wzrosła w stosunku do wzrostu zanotowanego w innych krajach, natomiast utrzymanie Polski w latach 2004-2016 na 19-20 pozycji w tej kategorii zostało okupione wyraźnym spadkiem ich poziomu, którego miarą jest przeciętna liczba cytowań przypadających na jedną publikację. Innymi słowy, publikujemy wprawdzie więcej prac, ale gorszych. W dodatku ten przyrost liczby prac nie jest wcale większy niż w innych krajach. Ciekawostką niech będzie to, że w latach 1996-2003 nasza pozycja oscylowała między 16-tym a 18-tym miejscem, a do 2001 roku pokrywała się nawet z pozycją zajmowaną pod względem cytowań przypadających na jedną pracę (co można łatwo stwierdzić, analizując dane ze SCIMAGO, portalu bazującego na SCOPUS, największej międzynarodowej bazie gromadzącej tego typu dane). Oczywiście sytuacja w różnych dziedzinach jest różna, np. w dziedzinie nauk rolniczych i biologicznych jest jeszcze gorsza, co wskazuje że komisje przyznające tam granty są wyjątkowo nieudolne. W obliczu tych faktów bajdurzenie [1,2] o dobroczynnym wpływie konkursowego trybu przyznawania funduszy na badania należy włożyć między bajki.
Pozycja polskiej nauki pod względem liczby publikacji (LP) i przeciętnej liczby cytowań przypadających na jedną publikację wg SCIMAGO. Aby uniknąć zaburzeń, wynikających z incydentalnego pojawiania się pojedynczych wysoko cytowanych prac z krajów o marginalnej produkcji naukowej (np. sytuacji w której w danym roku Bermudy zajmują pod tym względem wyższą pozycję od Stanów Zjednoczonych), uwzględniono jedynie kraje wypuszczające min. 10.000 prac/rok (wszystkie dziedziny) lub 500 prac/rok (nauki rolnicze i biologiczne). Pionowa oś - pozycja kraju, pozioma oś - kolejne lata (1996-2016).
Z powodu nieodpowiedzialnych działań kolejnych reformatorów, obecnie większość uczonych reprezentujących specjalności wymagające większych nakładów niż filozofia czy socjologia zajmuje się przede wszystkim walką o granty. Do poważnej pracy naukowej nie mają głowy, bo ich aktywność na tym polu skutecznie zaburzają kolejne terminy konkursów o uspakajających ich zszarpane nerwy nazwach: Opus, Preludium, Harmonia, Tango, Sonatina, etc. Albo przygotowują następny wniosek, albo oczekują na odwalenie poprzedniego i tak w kółko. W przerwach zapoznają się z nowymi warunkami konkursów, pilnie szkolą w pisaniu wniosków, a jeśli pracują na uczelni to jeszcze uczą studentów oraz walczą o tzw. "polepszenie jakości kształcenia" wymyślając coraz to nowe kursy, kierunki studiów, wypełniając sprawozdania, zamówienia, pisząc sylabusy i tak dalej. Ich zachowanie przypomina do złudzenia zachowanie robotnika doby socjalizmu, który gonił po budowie wte i wewte z pustymi taczkami, bo z nadmiaru roboty nie miał czasu ich załadować.
Wszystko wskazuje na to, że planowana reforma nie weźmie pod uwagę przytoczonych wyżej faktów, więc robotnicy nauki nadal będą gonili wte i wewte z pustymi taczkami, ale szybciej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz