Wygląda na to, że Konstytucja dla Nauki wkrótce zapuka do uczelnianych wrót, a raczej je wyłamie. Po różnych sejmowych poprawkach nabierze ostatecznego kształtu i zapachu (innego niż wszystkie dotychczasowe reformy) i wszyscy będą się mogli nią delektować do woli. Na razie optymizm uczelnianej gawiedzi stłoczonej po drugiej stronie wrót miesza się z obawami, ale optymizm przeważa. I słusznie, bo trudno sobie wyobrazić, by nowa reforma okazała się gorsza od poprzedniej. To chyba niemożliwe.
Tryumfalny komunikat o tym, że rząd przyjął Konstytucję dla Nauki zawiera jednak kilka niepokojących informacji. Najważniejsza z nich dotyczy pieniędzy. W kraju, który wydaje na naukę i nauczanie studentów mniej niż pewien pojedynczy uniwersytet w ojczyźnie Donalda Trumpa, sprawa funduszy na naukę jest pierwszoplanowa. Zauważyła to nawet w swoim apelu do parlamentu i rządu Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, zajęta do tej pory bez reszty beznakładowym polepszaniem nauki i nauczania (ad infinitum).
Nakłady na statystycznego polskiego studenta są ok. 3,5 razy mniejsze niż średnia wydatków na ten cel w Unii Europejskiej. Podobnie bardzo niskie w porównaniu z innymi krajami UE nakłady na naukę nie pozostawiają złudzeń co do możliwości skutecznego konkurowania z innymi krajami w dziedzinie badań naukowych.
Z komunikatu ministerstwa dowiadujemy się natomiast, że poza zastrzykiem 3 mld zł w obligacjach skarbu państwa, przeznaczonym na kolejne inwestycje w przeinwestowanych już ponad miarę uczelniach publicznych, przyszłoroczny ich budżet zostanie zwiększony o 700 mln zł. A co za tym idzie, jak filuternie pisze ministerstwo, osiągnięcie poziomu finansowania nauki do poziomu 1,8 proc. PKB będzie wydłużone w czasie.
Owe 700 mln. stanowi ~1/3 kwoty dwóch miliardów, którą to deklarował Pan Minister jeszcze pod koniec stycznia tego roku. Coroczne przyrosty tego mniej więcej rzędu (pomijam tu ewentualne wzrosty PKB, bo wtedy musiało by to być więcej) miały doprowadzić do poziomu 1,8% PKB w 2025 roku. Skąd się Panu Ministrowi wzięło to 1,8 proc. nietrudno się domyśleć - chciał przebić w obietnicach panią Kudrycką (ta wymyśliła sobie dojście do 1,7% w ciągu ośmiu lat). Reforma inna niż wszystkie nie mogła być gorsza od reformy zwykłej, do tego nieudanej.
Tak więc, zakładając optymistycznie, że 700 mln. nie będzie jednorazową, ale coroczną zapomogą dla reformowanej nauki (bo nie jest to wcale pewne), dojście do poziomu 1,8% PKB potrwa nie 7, a 21 lat. Pozostałe 0,2% potrzebne dla dorównania średniej unijnej machnie się w następne ileś tam lat (strach liczyć).
No i wtedy będziemy mogli skutecznie konkurować z innymi krajami w dziedzinie badań naukowych. A o to przecież w reformie innej niż wszystkie chodzi, no nie ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz