poniedziałek, 2 kwietnia 2018

ŚWIATOWCY Z KOZIEJ WÓLKI

Prawdziwa nauka ma charakter globalny, albo - jak kto woli - uniwersalny. Jednym z jej fundamentów jest wymiana informacji pomiędzy uczonymi. Już w czasach Kopernika ta wymiana była całkiem intensywna, uczeni kontaktowali się osobiście, pisali rozprawy lub korespondowali w celu wymiany poglądów i ogłaszania swoich odkryć. I tak już zostało, z tym że zmienił się język komunikacji, nie jest już nim łacina lecz angielski, a podstawowym forum wymiany poglądów są akceptowane przez wspólnotę naukową specjalistyczne czasopisma. Poza prawdziwą nauką istnieją różne inne dziedziny, uprawiane zarówno w Akademii jak i poza nią, które przypisują sobie naukowy charakter i uniwersalne znaczenie, które choćby dlatego by udowodnić swoją naukowość działają w podobny sposób. Jedno jest pewne: ktoś, kto publikuje swoje prace w naukowych czasopismach może być uznany za naukowca, zaś ktoś, kto tego nie robi, naukowcem z pewnością nie jest. Kluczową sprawą jest więc to, które czasopisma uznaje się za naukowe, a które nie. Na świecie decyduje o tym międzynarodowa wspólnota uczonych i wydawców, w Polsce zaś Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Jeśli spojrzymy z tej perspektywy, zrozumiałe stają się toczone w Polsce zażarte dyskusje o krajowych listach czasopism, ministerialnej punktacji, etc. - zjawiskach w cywilizowanym świecie zupełnie wyjątkowych. Jeśli bowiem jakieś czasopismo, np. Zeszyty Naukowe Wyższej Szkoły Kaligrafowania w Ćwierćtusku wciągnięte zostanie na ministerialną listę, publikujący w nim ludzie automatycznie stają się w oczach ministerstwa naukowcami, choćby nigdzie więcej swych wynurzeń nie ogłaszali. Jeśli jeszcze uda się załatwić dla tego czasopisma przyzwoitą liczbę punktów, mogą stać się, o ile publikują tam dużo, nawet wyróżniającymi się (w Ćwierćtusku i okolicach) naukowcami. Wiążą się z tym różne profity, np. coroczne nagrody rektora za działalność naukową, poważanie kolegów po fachu, stopnie i tytuły naukowe. Tak to w Polsce działa i to, że nikt tych prac nie czyta i nie cytuje (poza autorem i kolegami publikującymi w tym samym żurnalu) nie ma żadnego znaczenia. Wystarczy przekonać decydentów, że wiedza kaligraficzna to taki specjalny rodzaj wiedzy naukowej o dużym znaczeniu dla Narodu i społeczności lokalnej, którą społeczność globalna niestety się nie interesuje. Publikacje z tego zakresu muszą więc ukazywać się w języku ojczystym, a nie obcym i w czasopismach lokalnych, a nie światowych - te bowiem nie istnieją bądź nie uwzględniają specyfiki ćwierćtuskliej szkoły kaligrafowania, mającej wielowiekową tradycję i duże zasługi dla Narodu. Każdy z nas zetknął się z tego rodzaju argumentami, więc nie warto się nad tym dłużej rozwodzić, choć warto wspomnieć, że wachlarz specjalności posługujących się nimi wykracza daleko poza ćwierćtuską kaligrafię. Obejmuje aktualnie znaczną część nauk humanistycznych i społecznych, których przedstawicieli oglądać możemy prawie codziennie w telewizji jako utytułowanych doradców, ekspertów i komentatorów. Jeszcze więcej znaleźlibyśmy ich w ministerstwach i urzędach, gdzie podejmowane są ważne dla narodu i społeczeństwa decyzje, ale najwięcej w ministerstwie które przyznaje punkty czasopismom i decyduje o kierunkach rozwoju polskiej nauki. 

Przedstawiciele nauk mniej ważnych dla Narodu i Społeczeństwa (np. chemii, fizyki bądź matematyki), za to mających zdecydowanie szerszy zasięg, pozostają bezradni wobec powyższej argumentacji, chociaż jej nie wierzą. Potrafią jakoś sobie wyobrazić, że filolodzy polscy zmuszeni są publikować po polsku a francuscy po francusku, ale to, że np. polscy ekonomiści zmuszeni są publikować po polsku nie mieści im się w głowie. Wydaje im się że ekonomia to jednak nauka, bo przekonał ich o tym swojego czasu prof. Balcerowicz, który się na ten temat wielokrotnie w telewizji wypowiadał. Niektórzy skłonni są nawet sądzić, że ekonomią interesują się także inne zamieszkujące Ziemię ludy, więc polscy ekonomiści mogliby się z nimi swoimi osiągnięciami ewentualnie podzielić. To samo dotyczyć może pozostałych, licznie w Polsce reprezentowanych dziedzin i specjalności, których dokonania pozostają światu nieznane. 

Wszystkie w/w wątpliwości są oczywiście uzasadnione. Przedstawiciele nauk humanistycznych i społecznych robią wszystkich w konia, bredząc o wyjątkowej specyfice swoich dziedzin i związanej z nią niemożnością komunikowania wyników szerszej naukowej publiczności. W swojej bezczelności nie wzięli jednak pod uwagę, że jakiś zdrajca może pokusić się, by to naukowo zweryfikować. No i wyszło na to, że wprowadzanie prac z zakresu nauk humanistycznych i społecznych do międzynarodowego obiegu jest w krajach rozwiniętych normą, a nie wyjątkiem. Oraz na to, że polscy reprezentanci tych nauk są pod tym względem wyjątkowo niedorozwinięci. Zarówno pod względem udziału prac publikowanych po angielsku (17,2%), jak i pod względem ich reprezentacji w międzynarodowej bazie Web of Science (15%) jesteśmy daleko od normy. Ta zaś wynosi w pierwszym przypadku ponad 60% dla krajów rozwiniętych i ok. 30% dla państw postkomunistycznych naszego regionu, w drugim zaś odpowiednio ponad 40% i ponad 20%. W piśmie obrazkowym, udział anglojęzycznych publikacji wygląda według autorów opracowania tak:

Nie jest to wszystko zbyt wesołe, ale mnie osobiście cieszy, bo doskonale konweniuje z tytułem bloga. 

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o dwóch wyjątkowo nadętych i wpływowych dziedzinach naszej nauki, tzn. o ekonomii i prawie, w których odsetek anglojęzycznych publikacji kształtuje się następująco:
Jest to szczególnie pocieszne, bo polscy ekonomiści bez przerwy pouczają nas o konieczności "umiędzynarodowienia" i bredzą o "światowych trendach" których są podobno wytrawnymi znawcami, zaś polscy prawnicy o "międzynarodowych normach". Sami jak widać się tym trendom i normom nie poddają. 

To wcale nie koniec rewelacji, bowiem autorzy opracowania przymierzają się do szerzej zakrojonych badań. Uważam, że NCN powinien zdecydowanie odmówić ich finansowania. Dla dobra Narodu i Społeczeństwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz