Przeczytałem wczoraj coś ciekawego, co natchnęło mnie do napisania tej notki.
Od dawna staram się na tym blogu wykazać, jak naiwne są przekonania centralistycznej władzy na temat roli uczonych w tworzeniu innowacyjnej gospodarki [np. tu]. Doprowadzą one co najwyżej do dalszej degradacji polskiej nauki i odpływu zdolnych ludzi, pragnących realizować się w poważnych badaniach, a nie w pogoni za innowacjami i kasą (z NCBiR).
We wspomnianym na początku tekście, dotyczącym polskiej informatyki, ale odnoszącym się także do innych dziedzin, prof. Andrzej Targowski pisze z przekąsem:
Informatyka to wielka dziedzina nauki i praktyki, która rewolucjonizuje funkcjonowanie cywilizacji w XXI w. (to akurat na poważnie, żarty będą dalej). W USA jest ok. 730 pism informatycznych ...... . Nie jest możliwe, aby amerykański informatyk naukowiec mógł zapoznać się z tematyką, o której pisze, w tych wszystkich czasopismach. Co gorsza, informatyk praktyk nie zagląda do tych czasopism w ogóle, więc dorobek nauki informatycznej nie służy praktyce. Zatem mamy tu do czynienia z fikcyjną rolą owej nauki. Natomiast informatyk praktyk czyta raporty firm doradczych, które nie są dostępne wszystkim w internecie, tylko tym, którzy je kupią. A cena ich jest bardzo wysoka, może sięgać od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów. Oczywiście informatyk naukowiec nawet nie śni, aby przeczytać tego typu raporty, czyli jest źle poinformowany - zatem rozwija pseudonaukę.
W Polsce jest pod tym względem lepiej ....... . Polskie Towarzystwo Informatyczne przez parę lat nawet nie publikowało biuletynu; wprawdzie ostatnio to robi, ale nadal nie widzi potrzeby, by wydawać sztandarowe naukowe czasopismo informatyczne i rozwijać polską myśl naukową. Zatem aby dobrze wypaść w ocenach, polski informatyk naukowiec publikuje w jednym z owych 730 zagranicznych czasopism, których zwykle nie ma w polskich bibliotekach akademickich. Polski podatnik, który zwykle utrzymuje owego informatyka naukowca, finansuje fikcję naukową, ponieważ ani inni polscy informatycy naukowcy ani - co gorsza - polscy informatycy nie mają z tego żadnego pożytku.
No i tak to się toczy od lat, w imię dobra nauki, innowacyjnej gospodarki, no i w ogóle. Nieefektywność obowiązującego systemu ma związek z ukutą w minionych latach, nowoczesną w formie i socjalistyczną w treści koncepcją, objawioną nam nieopatrznie przez prof. Witolda Orłowskiego, doradcę ekonomicznego Balcerowicza, Kwaśniewskiego i wszystkich następnych decydentów. Zakłada ona, że zastosowanie ordynarnego przymusu ekonomicznego wobec uczonych zmusi ich do porzucenia bezproduktywnych badań i nakłoni do tworzenia użytecznych wynalazków. Wyprodukowane pod przymusem wynalazki, wtłoczone w polską gospodarkę spowodują, że stanie się innowacyjna. Według takiego oto modelu:
Realizację tej dziwacznej koncepcji zlecono Barbarze Kudryckiej, która czym prędzej wdrożyła ją w postaci osławionej reformy nauki i szkolnictwa wyższego (v. 1.0). Mimo oczywistego braku skuteczności, znajdujemy ją także w reformie 2.0, którą stara się obecnie przeforsować minister Gowin.
W efekcie mamy więc NCBiR z jego miliardami, urzędasami, konkursami, procedurami i beneficjentami, ale nie mamy za co normalnie funkcjonować. Oczywiście żadne konkursy rozpisywane przez tą pokraczną instytucję nie doprowadzą do powstania przełomowych (ani innych) innowacji, bo innowacje na pełnym drapieżnej konkurencji świecie tworzy się w zupełnie innym trybie.
O tym oczywistym obłędzie miłośników centralnego sterowania nauką w celu wyciśnięcia z niej innowacji pisał już [np. tu i tu] Wielki Wódz Apaczów, zazwyczaj nieomylny. Napisał też, w jaki sposób postępują uczeni i wynalazcy w krajach, gdzie gospodarka jest innowacyjna a ludziom żyje się lepiej:
Gdy uczony coś odkryje i ma w ręce wynalazek na którym można potencjalnie dobrze zarobić - to nie biega do gazet, aby się tym chwalić, tylko w tajemnicy zdobywa fundusze na badania od zaufanych inwestorów, którym obiecuje udział w zyskach - a potem nagle wchodzą na rynek z gotowym produktem i zarabiają miliardy.
Jeżeli wynalazca opowiada o swoim odkryciu mediom i mówi, że potrzebuje rządowego wsparcia dla swoich badań - to jest znak, że w swój wynalazek nie wierzy i tylko chce wyrwać trochę państwowej kasy na badania. Nie będą to miliardy, jakie można zarobić na prawdziwym odkryciu - ale z państwowego grantu też można żyć.
Osoby mniej twórcze, ale sprytne, mogą też coś z tego dla siebie urwać. Nabór ekspertów do NCBiR-u trwa. Najważniejszą wiedzę, jaką kandydat musi opanować, zanim zacznie inkasować honoraria, zawiera załącznik pod ogłoszeniem zawierający klasyfikację dziedzin nauki i techniki według OECD. Bez tego ani rusz. Co ambitniejsi, po wciśnięciu się do eksperckiej elity mogą próbować ukręcić coś więcej. W tym celu muszą uważnie studiować otrzymane do recenzji wnioski. Jeśli trafi się wśród nich jakiś z pomysłem na prawdziwie przełomową innowację, powinni go przepuścić i dogadać się w tajemnicy z zagranicznymi inwestorami. W Polsce innowacja i tak utknie na jakimś etapie realizacji, zadowoleni autorzy wezmą pieniądze z NCBiR, a spryciarze od inwestora po wprowadzeniu produktu na rynek.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz