Jak się dowiadujemy, majstrowanie przy punktach będzie kontynuowane. Nie wróży to niczego dobrego. Po idiotycznym podwyższeniu punktów na liście B, cieszący się zaufaniem ministerstwa mądrale wpadli na następny pomysł. Został on przez nich wykombinowany na potrzeby kategoryzacji w 2017 roku, która obejmować będzie lata 2013-2016. Polega na sporządzeniu jednego superwykazu czasopism w którym każde czasopismo zostanie uhonorowane największą uzyskaną w minionym czteroleciu liczbą punktów. Jeśli chodzi o listę B, sprowadza się to do utrwalenia patologii spowodowanej tzw. "oceną ekspercką" polegającą na udekorowaniu dodatkowymi punktami czasopism nie mających szans zaistnieć w obiegu międzynarodowym. Do tego dochodzą inne decyzje, równie idiotyczne, na przykład dotyczące finansowania czasopism. Głęboko osadzona w ministerstwie kadra poczuła się urażona szyderstwami, jakich nie szczędził jej uczelniany ludek w związku ze skandalicznymi decyzjami w sprawie środków przyznanych czasopismom (omówione np. tutaj). Zamiast się cieszyć, że obeszło się bez przykrych dla niej konsekwencji, zaplanowała zemstę (która jest, jak wiadomo, rozkoszą bogów). Ponieważ krytyka dotyczyła wyłącznie dziwnych wydawnictw z listy B, postanowiono oczywiście wstrzymać finansowanie wszystkich rodzimych czasopism, także i tych nielicznych które osiągnęły światowy poziom i przebiły się do listy A.
Pierwsze jaskółki zafundowanej nam przez "ekspertów" zmiany już można zaobserwować. Śledząc np. przeciętne osiągi punktowe kandydatów do stopnia doktora habilitowanego w mojej dziedzinie zauważyłem, że jeszcze rok temu 250-300 punktów było niezłym osiągnięciem. Obecnie rzadko spotkać można kandydata, który wychylił by się z wnioskiem nie posiadając 100 punktów więcej. Mimo to powszechnie uważa się, że poziom habilitacji obniża się, zamiast wzrastać. To samo dotyczy punktów wykazywanych przy okazji okresowej oceny pracowników naukowych. Wyścig trwa, i nie wiadomo jakie pułapy punktowe zostaną jeszcze w tym zakresie osiągnięte. Strach pomyśleć.
Ostatnio zetknąłem się z wnioskiem habilitacyjnym, w którym osoba starająca się o ten zaszczytny stopień wykazała się urobkiem w wysokości około 450 punktów (głównie za publikacje z listy B). Nie było by w tym nic złego, gdyby nie całe trzy cytacje i indeks Hirscha równy 1. Obnaża to fikcyjność ministerialnej punktacji jak mało co. Jeśli miała by ona jakiekolwiek znaczenie, wniosek powinien przejść, i to z uzasadnieniem, że starająca się o habilitację osoba legitymuje się znaczącym dorobkiem naukowym. Niewykluczone, że tak będzie, bowiem obłąkanych recenzentów nam nie brakuje.
Gdy normalny człowiek czyta wymysły ekspertów w zakresie punktacji czasopism z listy A, opublikowane przez ministerstwo w czerwcu 2015 roku, przeciera oczy ze zdumienia:
Porównanie tego czegoś z arbitralnym podejściem do punktacji czasopism z listy B rodzi obawy o zdrowie psychiczne porąbańców zajmujących się wyliczaniem punktów na użytek krajowy. To już nie jest już zwykła głupota, lecz głupota uciążliwa.
Nie jest dla nikogo tajemnicą, że opublikowanie trzech prac w wysoko punktowanym czasopiśmie z listy B jest znacznie łatwiejsze niż jednej w najniżej wycenianym czasopiśmie z listy A. Gdyby było inaczej, prawie wszyscy publikowali by w czasopismach międzynarodowych i żaden uczony od doktora wzwyż nie zawracał by sobie głowy listą B, która mogła by co najwyżej spełniać jakąś rolę w ocenie dorobku naukowego magistrantów i doktorantów. Jeśli, zgodnie z deklaracjami ministerstwa, opracowany system punktowy ma pobudzać uczonych do publikowania dobrych prac i przyczynić się do podniesienia międzynarodowej pozycji polskiej nauki, to wystarczy podzielić czasopisma na liście A na trzy grupy (po 50, 100 i 150 punktów). Można to zrobić od ręki, bez zatrudniania do tego celu pseudoekspertów, i pozytywny efekt takiego działania będzie piorunujący !
No ale przecież nie chodzi o żadne tam "pozytywne efekty" tylko o interesy różnych DAUNów (dyscyplin akademickich udających naukę) i FAUNów (filutów akademickich udających naukowców) wykorzystujących swoją przewagę ilościową w w walce o to, aby nadal było tak, jak było, a nie inaczej, mniej dla nich wygodnie. Żeby można było nadal nic nie publikować, albo przynajmniej z rzadka i byle co. Ponieważ w swojej działalności zawodowej kierują się głównie ideologią (socjologowie, psychologowie i przedstawiciele pozostałych "nauk społecznych"), żądzą zysku (technicy), lub jednym i drugim (prawnicy), nauka w Polsce ma przerąbane.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz