Wszystko wskazuje na to, że zagraża nam kolejny zalew papierowych wytworów ministerialnego mózgowia, któremu będziemy musieli sprostać, jeśli nie chcemy sczeznąć bez reszty. Będą one potęgowały dolegliwości reformy wydumanej kiedyś przez Panią Kierowniczkę z Białegostoku, a to już pachnie niespotykaną wręcz katastrofą. W obliczu takich zagrożeń nasze wysiłki w kierunku przetrwania i zachowania resztek godności będą musiały być tytaniczne. Niekomfortowość sytuacji pogłębiać będzie zwyczajowy już brak środków na podstawową działalność przybytków nauki i szkolnictwa wyższego połączony z niewyobrażalnym marnotrawieniem pieniędzy na projekty głupie i głupsze, do niczego dobrego nie prowadzące (np. na program „Uczelnie przyszłości”).
Ministerialna magnateria, najprawdopodobniej podtruwana
przez jakieś wpuszczane jej przez klimatyzację opary nie jest w stanie
zaplanować żadnego działania, które było by skuteczne i służyło czemuś pożytecznemu.
Odpowiednio skomponowana mieszanka psychogazów utrzymuje ją w przekonaniu o
słuszności rozwiązań suflowanych jej przez odpowiednio przeszkolonych macherów i
powoduje graniczące z obłędem zacietrzewienie, uniemożliwiające zwinięcie zaimportowanego cyrku zanim się sam pod własnym ciężarem
zawali, przygniatając występującą w nim mena(d)żerię. Obciążające tą dziwną konstrukcję regulacje miały według macherów spowodować podwyższenie jakości
badań i nauczania, awans polskich uczelni w rankingach międzynarodowych, przyciągnięcie
światowej klasy badaczy i wykładowców, wzrost poziomu innowacyjności i szereg
innych cudów. Póki co, wszystkie bez wyjątku okazały się nie tylko
nieskuteczne, ale wręcz szkodliwe.
Ujmując rzecz w kategoriach neuropatologicznych, permanentne
podtruwanie uruchomiło w docelowym mózgowiu receptory
odpowiadające za przyjmowanie sugestii płynących od absolwentów
studiów podyplomowych typu SGH i MBA, którzy nie odnosząc sukcesów w kierowaniu sprawami gospodarczymi przerzucili się na reformowanie nauki. Liczba
receptorów w kolektywnym organie decyzyjnym przekroczyła już liczbę produkujących narkotyczne sugestie
ekspertów, urządzenie jest więc na głodzie i próbuje ratować zachwianą równowagę
finansując Polakom koszmarnie drogie studia MBA na zagranicznych uczelniach, byle by tylko wrócili i pomogli mu tę równowagę odzyskać. Uzależnienie degenerującego organu od coraz większej dawki sugestii powoduje utratę autonomii,
zaburzenia oceny sytuacji, zanik zmysłu krytycznego i osobliwą tendencję do
obwiniania wszystkich w koło za własne niepowodzenia. Nie wydało
się jeszcze, kto te nieszczęsne gazy do MNiSW wpuszcza, ale musi to być ktoś podobny do
Władcy Much z powieści Wiliama Goldinga, wykorzystujący miękkie umiejętności
odciętej od świata populacji w celu wywołania u niej syndromu
grupowego myślenia. Z tego powodu różne wyłonione przez nią gremia niby-eksperckie nie potrafią poradzić
sobie z nałożonymi na nie zadaniami, choćby to były nawet zadania najprostsze,
np. takie jak sensowny rozdział pieniędzy na czasopisma naukowe w ramach osławionego
programu Indeks Plus.
Skuteczność programu możemy ocenić korzystając z oficjalnego portalu zawierającego aktualny spis punktowanych czasopism. Minęło wystarczająco dużo czasu by rezultaty polepszających działań ministerialnych ekspertów się już zarysowały: pięć czasopism nie figurujących pierwotnie w żadnym punktowym spisie znalazło się na liście B, dwa lokujące się uprzednio na tej liście zupełnie z niej wypadło, jedno przeniosło się z listy B do listy A, a jedno z listy A wypadło (zostało wyrzucone z niej na pysk za bezczelne manipulowanie cytacjami). Bilans promocji jest więc taki, że za 11 milionów złotych nie udało się umieścić ani jednego więcej czasopisma na liście A, a lista B zyskała trzy dodatkowe czasopisma. Nie licząc jednopunktowych wahań czasopism z listy B, tylko trzy z niej startujące zwiększyły nieznacznie punktację, pięć zaś zmniejszyło. Z kolei czasopisma znajdujące się na liście A wykazały jedynie wzajemnie znoszące się, drobne wahania IF. Można więc śmiało powiedzieć, że pieniądze przeznaczone na podniesienie międzynarodowej pozycji ekspercko wytypowanych czasopism zostały w całości zmarnowane.
Podejrzewając słusznie, że ludzie dociekliwi będą próbowali poznać finansowe szczegóły tej hucpy, kontemplując przy lampce uniwersyteckiego wina lub innej używki wysokość kwot powyrzucanych na konkretne czasopisma, ministerstwo usunęło przezornie listę wypłat wstawiając w jej miejsce napis „BŁĄD 404 nie ma takiej strony”. Na szczęście w internecie zawsze coś krąży, przynajmniej jeśli chodzi o wydawane lekką ręką państwowe pieniądze, bo marnotrawiący je urzędnicy lub ich krytycy lubią się swoją wiedzą na ten temat pochwalić. Z artykułu pod rozweselającym tytułem „Przede wszystkim elita” dowiadujemy się na przykład, że czasopismo „Pomiary automatyki i robotyki” z listy B otrzymało na zwiększenie prestiżu aż 376 tysięcy złotych, zaś wydawnictwo „Ptaki Śląska” ponad 138 tysięcy. To pierwsze utraciło 1 punkt, drugie zaś przebiło się z niebytu na listę B, w której jeden punkt uzyskało. Pełna lista dofinansowanych przedsięwzięć, chociaż bez konkretnych kwot, dostępna jest jeszcze na stronie ministerstwa, więc każdy może samodzielnie stwierdzić, że większość beneficjentów nie mała i nie ma żadnych szans na międzynarodowy sukces. Pocieszające może być to, że poza łaskawą uwagą ministerialnych grandziarzy znalazło się zapewne kilka obiecujących czasopism, które bez napływu ministerialnej mamony polepszyły lub polepszą swoją międzynarodową pozycję. Grandziarzom trudno będzie wykazać się zasługami w tym względzie i wziąć ekstra premię za polepszenie ich notowań.
I to jest, jak na razie, jedyna pocieszająca wiadomość dla robiących w nauce idiotów próbujących związać koniec z końcem za mniej niż 6 tys. złotych miesięcznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz