niedziela, 3 kwietnia 2016

UNIWERSALNY PROGRAM NAPRAWCZY INSTYTUTU BADAWCZO-ROZWOJOWEGO

Jak wiadomo, całe mnóstwo pro-innowacyjnych instytucji nie wypełnia postawionych przed nimi zadań. Chociaż bez litościwie aplikowanych im finansowych przetok nie potrafiłyby przetrwać, mają się dobrze, bo ich upadek stanowiłby kompromitację różnych macherów i decydentów. Mamy więc jako społeczeństwo w ogóle, a środowisko akademickie w szczególności na utrzymaniu różne instytuty robiące w badaniach i rozwoju oraz uczelniane centra biotechnologii, nanotechnologii i innych tego rodzaju brewerii. Miały przynosić dochód i ubogacać gospodarkę w innowacje oraz zapierające dech wynalazki, ale jak na razie nic z tego nie wynikło, tylko rachunki rosną. Poza produktem głównym - medialnym szumem - produkują owe centra jakieś publikacje oraz trzeciorzędne patenty, za których zatwierdzenie a następnie podtrzymywanie obficie zresztą płacą odpowiednim urzędom. Gospodarka jednych i drugich w ogóle nie potrzebuje, więc nie ma zamiaru za nie bulić.
  
Państwo polskie pozwala jednak tym instytucjom istnieć (a czasem nawet się rozrastać), podobnie jak innym wyniszczającym je (nowo)tworom. Od czasu do czasu monitoruje je za pomocą NIKu, który pisze sprawozdania, zamieszczane chociażby tutaj. Można w nich grzebać do woli (póki ktoś ich nie utajni), by poznać działanie przeciętnego instytutu z branży B+R. 
Zacznijmy od finansowania:
Jeśli 'przychody na naukę' oznaczają dodatkowe pieniądze wydarte z NCBiR itp. instytucji rozdawniczych (blisko 50% przychodów instytutu), to instytut kosi niezłą kasę, w 90% utrzymując się z budżetowych dotacji, którymi obdarowywany jest najprawdopodobniej za publikacje naukowe, a nie za prowadzoną "w ograniczonym zakresie" działalność badawczo-rozwojową
Utwierdzają nas w tym poniższe fragmenty sprawozdania: 
Jak widać, finansowe efekty badań naukowych i prac rozwojowych są ujemne, a bezcenna kadra naukowo-badawcza nie pobiera (wbrew temu, czego byśmy się spodziewali) wynagrodzenia za niewytworzone patenty i wzory.   
Można mieć tylko nadzieję, że pracownicy B+R jakoś wiążą koniec z końcem dzięki dodatkowym honorariom z grantów. Tym bardziej, że nie mogą liczyć na dochody z prowadzonej w instytucie działalności usługowej. Usługi świadczą bowiem charytatywnie, nie wahając się nawet do nich dopłacać:
W końcu najważniejszy jest jednak ostateczny wynik finansowy, a ten - o dziwo - jest dodatni, dzięki wynajmowi pomieszczeń oraz sprzedaży składników majątku.

Następnym sukcesem jest działalność publikacyjna instytutu, która wzrosła, co kontrolerzy wyliczyli sprytnie za pomocą procentów.  
Aby to sobie unaocznić, sięgamy do danych na temat liczby pracowników którzy publikacje produkowali:
Wynika z tego, że na pojedynczy zasób ludzki zaangażowany w badania i rozwój przypadło w ciągu czterech lat 0.9 publikacji, w tym 0.05 z listy filadelfijskiej, 0.31 z publikowanych przez MNiSW list dla narodu tubylczego oraz 0.54 ze składu makulatury. Daje to odpowiednio 0.22, 0.01, i 0.08 publikacji na łeb w ciągu roku. Kierowaniem, sprzątaniem, wpisywaniem do odpowiednich tabelek i sprawozdawaniem tych publikacji oraz nie mających miejsca wdrożeń i wynalazków zajmowały się 84 osoby zaludniające nie podlegającą wynajmowi przestrzeń biurową.  

Na podstawie powyższych danych możemy pokusić się na opracowanie zaleceń, których wprowadzenie radykalnie polepszyło by działanie instytutu:

1) zwolnić wszystkich pracowników B+R, oraz 80-ciu pracowników administacyjno-biurowych (zostawić 4 najlepszych)
2) wynająć zwolnione w ten sposób pomieszczenia, sprzedając niepotrzebny już sprzęt naukowo-badawczy i komputerowy (o ile znajdą się chętni)
3) zatrudnić dziesięciu naukowców z zewnątrz:  
  • najlepiej 10 dobrych na część etatu. Wyprodukują w ciągu czterech lat nie cztery, a czterdzieści publikacji z listy filadelfijskiej. Da to wielokrotnie więcej punktów instytutowi niż do tej pory uzyskiwał. Dobrzy uczeni produkują w naszych polskich warunkach kilka takich publikacji rocznie, więc w zamian za dodatkowy zarobek jedną rocznie mogą odstąpić instytutowi (chodzi o afiliację). Zaletą tego modelu jest to, że wszystko wykonają za śmiechu warte pieniądze u siebie na uczelni, nie zajmując przy tym instytutowych pokoi, które można będzie wynająć (może się to pięknie zbilansować)
  • dziesięciu przeciętnych na pełny etat. Na wielu uczelniach/wydziałach jedna publikacja z listy filadelfijskiej rocznie jest standardem, znalezienie chętnych nie będzie trudne. Wadą tego modelu jest to, że zatrudnianym trzeba zapłacić więcej niż zarabiali na uczelni (bo nie przejdą), oraz to, że będą oni zajmowali powierzchnię biurową, której nie można będzie wynająć.
Zaproponowane zmiany spowodują, że instytut uzyska natychmiast najlepszy wynik finansowy ze wszystkich prowadzących działalność B+R w Polsce. Poza tym nic się nie zmieni. W końcu i tak nie produkował żadnych wynalazków i wdrożeń skupiając się na produkowaniu kiepskiej jakości publikacji i wynajmowaniu pomieszczeń. 

Niestety, kontrolerzy NIK doszli do zupełnie innych wniosków:
Jak tak dalej pójdzie, działalność B+R w Polsce nigdy nie będzie rentowna.      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz