Lokomotywa dobrych zmian nabiera rozpędu, a wokół jakby spokój i jakby cisza. Ale gdy dobrze się przysłuchać, zewsząd dobiega gorączkowe szuranie spowodowane krzątaniną wokół reformy innej niż wszystkie, a nawet (na razie wciąż nieśmiałe) popiskiwanie. Wszyscy czekają, co będzie, jedni z nadzieją - inni z obawą. Po prostu nikt nie wie nic. Czyli odwrotnie niż w polskiej polityce, gdzie podobno wszyscy wiedzą wszystko. No może przesadziłem. Są przecież rzeczy, które można przewidzieć.
Po pierwsze, wszystkim przybędzie papierkowej roboty, bo szykują się zmiany w sylabusach związane z wymuszonymi zmianami organizacji studiów (reaktywno-kreatywne ujednolicanie i porządkowanie). Znowu trzeba będzie wymyślać cuda w temacie "student umi, student rozumi", z użyciem słów i symboli jedynie słusznych. Dojdą do tego sprawozdania i plany niezbędne różnym liderom dyscyplin, czyli dyscyplinatorom w celu snucia kategoryzacyjnych fantazji i budowania poczucia kontroli nad uczelnianą hołotą. Dyscyplinatorzy wymagali będą z pewnością jeszcze ciągłego składania projektów grantowych, przeznaczonych do uwalenia w NCN i NCBiR. No i szarym członkom rad dyscyplin przybędzie bardzo dużo dodatkowych obowiązków (nasiadówki, papierologia). Na szczęście jeszcze nie zdają sobie z tego jeszcze sprawy.
Po drugie, planująca zaokrętowanie w szkołach doktorskich młodzież (skuszona bogatymi stypendiami) będzie musiała na dzień dobry przedstawić projekt swoich badań. Z góry można przewidzieć, że odpowiednie komisje zakwalifikują projekty najmądrzejsze, tzn. napisane w sposób fachowy. Ponieważ aspirująca młodzież takich projektów w większości napisać nie będzie umiała, pojawią się nowe możliwości dorabiania dla wspomagających uczącą się młodzież fachowców. Będą teraz pisali, za odpowiednią opłatą oczywiście, nie tylko prace licencjackie, magisterskie i doktorskie, ale i projekty, nad którymi pochylać się będą prowadzące nabór komisje. Wykreowany zostanie nowy segment rynku usług edukacyjnych, który, biorąc pod uwagę konkurencyjną przewagę projektów zamówionych nad samodzielnie sporządzonymi, będzie się dynamicznie rozwijać. Zagrozić mu może jedynie działalność projektotwórcza uczonych szczególnie zainteresowanych promotorstwem, prowadzona pro bono, czyli za friko, z nadzieją złowienia doktoranta. Taka konkurencja, raczej mało liczna, nie rozwali sektora usług płatnych, bo wypromowanie doktora nie będzie już wymagane do profesury. Lepiej więc stracić czas i energię na własny projekt, a po otrzymaniu granta zatrudnić postdoka. Zresztą jak nie będzie granta, to i nie będzie pieniędzy na realizację napisanego doktorantowi projektu.
Po trzecie, najlepiej dać sobie z projektami spokój, ponieważ NCN nie dostanie żadnych dodatkowych pieniędzy, więc szanse na sukces będą znikome. Ponadto granty stają się coraz bardziej wypasione, więc będzie ich coraz mniej. Wyszlifowany w NCN i NCBiR system konkursowy wypromował już zresztą sztywną oligarchię, która otrzymuje granty dlatego, że miała granty (albo z innego równie błachego powodu). Z tych grantów oligarchia opłaca sobie druk prac w wysoko płatnych czasopismach, które mają same zalety: mniejsze wymagania, wyższe punkty i szybki druk. Ułatwia jej to rozliczenie zakończonych grantów, uzyskanie następnych (czasem kilku na raz), zatrudnienie wyrobników i - co najważniejsze - zabetonowanie dostępu uczelnianym głodniakom. Grantowa betoniarka kręci się jedynie dlatego, że nikt nie wpadł (i nie wpadnie) na pomysł, by porównać nakłady ponoszone na zdobycie równoważnej liczby punktów w systemie grantowym i bezgrantowym. Zresztą agencjom dającym wypić i zakąsić grantowym oligarchom grozi niedługo zapaść, spowodowana niewyobrażalnym zalewem kompulsywnie wytwarzanych przez naukowy bentos wniosków. Wkrótce usłyszymy jęki i błagania tych instytucji o znaczące zwiększenie liczby zatrudnionych. Pozytywnym efektem gospodarczym wzbierającego zalewu wniosków będzie nadzwyczajny rozwój rynku tłumaczeń (anglojęzyczne wersje projektów).
Po czwarte, reforma inna niż wszystkie doprowadzi do interesujących patologii, np. do pojawienia się slotowych pasożytów - osób nieproduktywnych, ale pożytecznych dla instytucji naukowych przez sam fakt zaliczania się do osławionej liczby N. Będą one dopisywane do nadliczbowych publikacji osobników nadambitnych, nie umiejących zachować umiaru w wytwarzaniu publikacji. Żadna szanująca się instytucja naukowa, walcząca o tzw. kategorię, nie dopuści przecież do marnowania się nadmiarowych slotów (szczególnie wyższej jakości). No i żaden, nawet najbardziej samolubny osobnik je produkujący nie odmówi dopisania mniej wydajnego kolegi do nadmiarowych prac. Wszystko w imię dobra zatrudniającej go instytucji. Niechby zresztą spróbował !
Po piąte, nastąpią jak zwykle zawirowania w punktacji czasopism naukowych. To, że nie będzie ona odzwierciedlała żadnej realnie obowiązującej w świecie nauki hierarchii jest pewne. Poza tym, czasopisma będą oceniane na podstawie zawartych w WoS i Scopus wskaźników za rok 2017, więc punktacja będzie od razu nieaktualna. Zespoły oceniające działają bowiem w pośpiechu, nie mają czasu czekać aż bazy przedstawią wskaźniki za rok 2018.
Po szóste, polska nauka i polskie uczelnie znowu zaliczą spadek w międzynarodowych rankingach, a profesor tytularny (o uczelnianym nie wspominając) znowu będzie zarabiał mniej od nauczyciela dyplomowanego. I dobrze mu tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz