Właśnie wpadło mi w rękę zarządzenie w sprawie procentowego podziału czasu pracy nauczycieli akademickich na mojej uczelni. Dowiedziałem się z niego, że Pan Rektor zarządził, by czas pracowników naukowo-dydaktycznych (czyli większości z nas) podzielony był następująco:
a) obowiązki badawcze - 45% czasu pracy
b) obowiązki dydaktyczne - 45% czasu pracy
c) obowiązki organizacyjne - 10% czasu pracy
Chociaż podział nie budzi większych zastrzeżeń (odpowiada mniej więcej rzeczywistości), zastanawiam się w jakim celu został nam objawiony. No bo każde zarządzenie powinno czemuś służyć i dobrze by było wiedzieć czemu.
Pierwsze co przyszło mi do głowy, to podejrzenie, że wymienione w dokumencie procenty będą od nas w jakiś sposób egzekwowane. Może za jakiś czas pojawi się następne zarządzenie wymagające prowadzenia indywidualnych zeszytów czasu pracy z rozbiciem na w/w kategorie, a w raz z nim jeszcze jedno, powołujące uczelnianą komórkę kontroli zeszytów podziału czasu pracy nauczycieli akademickich? Wpisywało by się to dobrze w logikę zachodzących ostatnio przemian, polegających na wzroście kontroli i wzmocnieniu zasobów kadrowych administracji. W sumie do przełknięcia, bowiem wszystkie takie pomysły są skazane na uwiąd i skutkują wyłącznie zatrudnieniem dodatkowych urzędników. Kontrola szybko staje się fikcją, bo nie przyświeca jej żaden cel wyższy ponad gorliwe spełnianie poleceń ministerstwa. Weźmy na przykład tzw. kontrolę wzrostu jakości kształcenia, wprowadzoną onegdaj na wszystkich uczelniach. Przez pewien czas pracownicy wypisywali co roku cuda na temat tego, co zamierzają uczynić, by polepszyć jakość kształcenia, zatrudnieni do tego urzędnicy robili z tego sprawozdania zbiorcze, władze to przyklepywały i było OK. No może poza tym, że jakość kształcenia spadała. Teraz pracownicy już mają spokój z tym fantazjowaniem, choć być może sprawozdania z polepszania płyną do ministerstwa jak płynęły. W końcu powołani do tego urzędnicy trwają na stanowiskach. Żeby było śmieszniej, pracownicy naukowo-dydaktyczni na niektórych uniwersytetach zostali ostatnio, ku swojemu zdumieniu poinformowani przez przydzielonych im nadzorców/przełożonych, że w związku z nowymi zasadami ewaluacji "dydaktyka w ogóle nie ma znaczenia, liczą się tylko publikacje". Pracownicy pozostałych uniwersytetów doznają uświadomienia wkrótce. No chyba że władze każą im się tego domyśleć samodzielnie.
Drugi pomysł, jest taki, że procentowy podział obowiązków konieczny jest do rozliczania tzw. "kosztów uzyskania przychodów" w urzędach skarbowych. No ale co w takim razie z oświadczeniem ministerstwa, że przepisy zawarte w konstytucji nauki są wystarczające do zastosowania 50% kosztów uzyskania do całości wynagrodzenia nauczyciela akademickiego ? Czyżby rektorzy nie ufali ministerstwu ? To chyba niemożliwe. Rektorzy muszą ufać ministerstwu. Z pewnością już tam jest specjalna komórka kontrolująca poziom ufności rektorów, zatrudniająca odpowiednich urzędników. Tak więc hipoteza wiążąca zarządzenie z kosztami uzyskania jest raczej nie do obrony. Oświadczenie ministerstwa mówi wyraźnie, że "każdy rodzaj aktywności zawodowej nauczycieli akademickich jest związany z tworzeniem utworów (w rozumieniu ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych)". I to jest właściwa kwalifikacja, w szczególności w przypadku takich czynności jak pisanie sprawozdań i innych bzdetów wymaganych przez rozdętą administrację. Nie rozumiem tylko dlaczego aktywność sprawozdawcza ma być zakwalifikowana jedynie jako "związana" z tworzeniem utworów. Przecież to twórczość w czystej postaci (tzw. radosna twórczość). To, że działalność badawcza może być czasem (np. w przypadku plagiatów) jedynie związana z tworzeniem utworów jestem w stanie zrozumieć.
Tak więc wychodzi na to, że omawiane zarządzenie jest na razie po nic. Ale można temu zaradzić, nadając mu sens i kierunek. Jak wynika z zarządzenia, obowiązki badawcze pracownika naukowo-dydaktycznego zajmują mu 45% czasu pracy, natomiast pracownikowi badawczemu 90%. Tak więc należy przyjąć, że pracownik naukowo-dydaktyczny poświęca badaniom połowę tego czasu co pracownik badawczy. Przekłada się to w zaokrągleniu na 1/2 etatu badawczego. I tu niespodzianka. W osławionej konstytucji dla nauki ten dla każdego oczywisty fakt jest zupełnie pomijany - wymagana liczba slotów jest taka sama dla obydwu omawianych kategorii. Czyli - mówiąc najprościej - od pracownika naukowo-dydaktycznego wymaga się 2x większej wydajności naukowej niż od pracownika badawczego. Jest to urągająca logice (o sprawiedliwości nie wspomnę) dyskryminacja pracowników naukowo-dydaktycznych. By móc dorównać pracownikom badawczym, musieli by zupełnie zrezygnować z prowadzenia zajęć dydaktycznych. W skali uniwersytetu jest to jeszcze do przełknięcia pod warunkiem, że wewnętrzna ocena uwzględni w/w różnice (choć wątpię, by uczelnianym mandarynom takie rozwiązanie wpadło do głowy). W szerszej skali owa dyskryminacja będzie miała dla uczelni bardzo poważne konsekwencje.
Wystarczy zastanowić się nad rezultatami nadchodzącej nieuchronnie kategoryzacji, w której główną rolę odegra wydajność badawcza uniwersytetów i innych jednostek naukowych w wybranych dziedzinach nauki. Głównymi beneficjentami tego sprytnie pomyślanego przedsięwzięcia będą instytuty badawcze (głównie PAN), zatrudniające (jeśli chodzi o osławioną liczbę N) jedynie pracowników badawczych. A głównymi frajerami okażą się rektorzy, piszący zarządzenia w sprawie procentowego podziału czasu pracy nauczycieli akademickich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz