Po ekscesach Pani Profesor Kudryckiej, konieczność ponownego reformowania nauki stała się oczywista dla wszystkich pragnących normalności uczonych.
Kolejna reforma miała, poza usunięciem biurokratycznych idiotyzmów, dać silny impuls do rozwoju polskiej nauki poprzez wmontowanie w ustawę inną niż wszystkie mechanizmu promującego jakość prowadzonych przez akademików badań. Ponieważ jedynym znanym mechanizmem tego rodzaju jest konkurencja, ministerstwo deklarowało, że w opracowanej przez nie nowym ładzie akademickim będzie ona odgrywała znacząca rolę. Niestety, ministerstwo nie było świadome, że system oparty na konkurencji produkuje nie tylko wygranych, ale i przegranych. Ministerstwo po prostu nie przemyślało sobie tej sprawy. Być może zresztą przekraczało to możliwości skoszarowanych w rządowych budynkach rozumów.
Na szczęście, pod naporem krytyki ze strony potencjalnych ofiar takiej polityki, fatalne błędy i nierealistyczne założenia są obecnie pospiesznie korygowane. Wprawdzie dla zmylenia idiotów (których w polskiej nauce jest zadziwiająco wielu), ministerstwo nadal oficjalnie twierdzi, że celem reformy jest polepszenie polskiej nauki, ale coraz trudniej tę fikcję utrzymać.
Z wypowiedzi Pana Ministra i jego dworaków coraz wyraźniej wynika, że najważniejszym celem reformy jest teraz równość i (specyficznie pojęta) sprawiedliwość - czyli coś, co powszechnie występowało zanim reforma inna niż wszystkie weszła w życie, a nawet zanim gajowa z Białegostoku zaczęła przy nauce majstrować.
"Kiedy dyskutowaliśmy nad kształtem Konstytucji dla Nauki, bardzo często z ust naszych partnerów słyszeliśmy o potrzebie równomiernego i sprawiedliwego wsparcia wszystkich uczelni w Polsce" - tłumaczy się ze swoich kolejnych sprawiedliwościowych posunięć Pan Minister.
To oczywiście nie wszystkie ustępstwa na rzecz "partnerów", którymi są, jak można się domyśleć uczelniani mandaryni. Trzeba też było wycofać się rakiem z różnych innych, wypracowywanych w pocie ministerialnego czoła pomysłów reformy 2.0. Ostatnio dowiedzieliśmy się na przykład, że "przypisanie dyscyplin naukowych do czasopism nie będzie miało rozstrzygającego znaczenia w kontekście możliwości uwzględnienia danego artykułu w ewaluacji". Skoro nie będzie miało, to po co ten cały zespół doradczy i rozpisane konsultacje ? - mógłby ktoś spytać.
Może i mógłby, ale teraz jest akurat bardzo zajęty. Wczytuje się z wypiekami na twarzy w podsunięty mu spis czasopism i opracowuje propozycje zmian w przypisaniu do nich dyscyplin. Jak już to zrobi, będzie zapoznawał się z ulepszoną wersją przewodnika na temat zasad ewaluacji, bo ten, który ostatnio przeczytał jest już nieaktualny. Potem się będzie zapoznawał z kolejnymi regulacjami, a nawet się w nie wgryzał.
Ani się nie obejrzy, jak nadejdzie lato, a w lecie - wiadomo - będzie do przestudiowania opracowana przez zespół doradczy i wybitnych przedstawicieli lista czasopism z punktami. I wtedy będzie już mógł kombinować, gdzie wysłać napisaną w przerwach między tymi lekturami pracę.
I tak mu jakoś zbiegnie do jesieni. A jesienią trzeba się będzie porządnie zabrać za dalsze polepszanie jakości kształcenia. Zanim jednak jakość kształcenia ulegnie definitywnemu polepszeniu, rozpoczną się konsultacje w sprawie kolejnej reformy, mającej na celu polepszenie jakości polskiej nauki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz