Po dwóch latach lania wody mamy wreszcie konkrety, do których można się odnieść: przewodnik dotyczący nowych zasad ewaluacji działalności naukowej i projektowaną przez ministerstwo listę dyscyplin naukowych. Jeśli chodzi o tą ostatnią, to - o dziwo - nie została nadmiernie rozdrobniona. Ze względu na apetyty różnych naukowych mikrośrodowisk można się było spodziewać cudów na kiju, a tu taka niespodzianka. Jakiś biedak zląkł się, że z powodu zaliczenia astronomii do nauk fizycznych nastąpi jej "degradacja", więc media przez cały długi dzień nakręcały publiczność pod tym kątem, ale szybko im się znudziło. W sumie szkoda, można było ten cyrk ku uciesze gawiedzi kontynuować. Lista dyscyplin które nie dostąpiły zaszczytu wyodrębnienia jest przecież bardzo długa. Jeśli ich podciągnięcie pod szersze kategorie jest degradacją, to powinna nastąpić kosmiczna (nomen omen) katastrofa w polskiej nauce. Jakoś jednak w to nie wierzę. Jeśli nastąpi (a jest to wielce prawdopodobne), to z zupełnie innych powodów.
Przewodnik wysmażony przez pełniących w ministerstwie biurokratyczną posługę funkcjonariuszy to znacznie ciekawsza sprawa. Przedstawione w nim zasady to groch z kapustą, obiecujące rozwiązania mieszają się ze szkodliwymi, a nad wszystkim unosi się smrodek wywołany premiami ubogacającymi przedstawicieli nauk humanistycznych, społecznych i teologicznych (HST). Dobrym pomysłem eliminującym obiboków wydaje się limit publikacji na jednego autora, oraz oparcie punktacji czasopism na opracowanym przez SCOPUS wskaźniku SNIP. Stanowi on dość udaną próbę uzyskania bibliometrycznej porównywalności pomiędzy czasopismami z różnych dziedzin (znacznie odbiegających pod względem obfitości cytowań, nawyków publikacyjnych, liczby aktywnych badaczy, itp.). Żeby to jednak zadziałało, przyjęcie wskaźnika SNIP powinno automatycznie wiązać się z przyjęciem klasyfikacji dziedzin stosowanej w SCOPUSie, a nie klasyfikacji OECD. Autorom reformy najwyraźniej zabrakło wyobraźni i wiedzy (o zdrowym rozsądku nie wspominając) w tym zakresie, więc wkrótce będziemy mogli obserwować różne turbulencje wywołane nieprzystawalnością obu systemów klasyfikacji.
Zupełną grandą jest natomiast forsowany na siłę system przywilejów dla nauk HST. Otrzymują one w prezencie od ministerstwa 50% podwyższenie punktów we wszystkich ważniejszych kategoriach publikacji, 50% obniżenie progów kwotowych w zakresie efektów finansowych oraz (jakby tego było za mało), dwa dodatkowe opisy w kryterium III (wpływ działalności naukowej na funkcjonowanie społeczeństwa i gospodarki). Biorąc pod uwagę deklaracje premiera Mazowieckiego ws. jego planów budowania innowacyjnej gospodarki, spodziewać się można było przywileju dodatkowych opisów dla nauk technicznych. A tu taka niespodzianka ! Od razu widać, że to wszystko na niby.
Wszystko jest zresztą niczym w porównaniu z (odnoszącym się oczywiście do HST) zapisem: "W ramach ewaluacji za lata 2017-2020 tę samą liczbę punktów, tj. 80, będzie można uzyskać także za monografię wydaną w wydawnictwie wydziałowym spoza wykazu, jeśli inne wydawnictwo z tej samej uczelni jest ujęte w tym wykazie." To jest wyjątkowo ordynarny przekręt upchnięty przez jakiegoś podejrzanego typa wyzbytego elementarnego poczucia przyzwoitości.
Wszystkie daniny złożone przez ministerialna szlachtę u stóp HST mają uspokoić środowisko, które jako jedyne w Akademii dysponuje (anty)faszystowskimi bojówkami gotowymi wzniecić rozróby na uczelniach, w mediach i na ulicy. Próbę przekupienia można chyba uznać za udaną, skoro nawet profesor Hartman wyraził zadowolenie z wprowadzonych zmian: "Poprawki ostatniej tury usuwają większość obaw i kontrowersji, jakie wzbudzał pierwotny projekt". Wszystko wskazuje więc na to, że przedstawiciele HST wreszcie przestaną się ociągać z wejściem do interesu, który dzięki ministerialnym ulepszeniom daje już pole do różnych kombinacji (Dlaczego Szloma nie wszedł do tego interesu z Seidebeutlem ? Ja bym wszedł, panie dziedzicu, ale ten geszeft ślamazarny, nie daje pola do roztoczenia skrzydeł kombinacji. - Gombrowicz, "Wspomnienia polskie")
Tajemniczą sprawą pozostaje przyczyna, dla której środowisko HST forsowało 50% podwyższenie punktacji swoich publikacji. Skoro zgodnie z założeniami reformy i tak będzie się kisiło we własnym sosie, to wymiar punktowy nie powinien mieć żadnego znaczenia. Ważne jest tylko to, by wszyscy pracujący w danej dziedzinie (grupie pokrewnych dziedzin) byli oceniani w oparciu o tą samą punktację. Nasuwają mi się w związku z tym trzy nie wykluczające się wzajemnie przypuszczenia:
1) Przedstawiciele HST nie są w stanie funkcjonować bez świadomości, że są wyjątkową kastą uczonych, zasługującą na specjalne traktowanie. Podwyższenie punktacji o 50% mają za objaw uznania wyższej wartości swoich dokonań w porównaniu do dokonań chemików czy fizyków (o astronomach nie wspominając). Jest im to po prostu niezbędne ze względu na deficyty mentalne i ukrywane kompleksy. Bez świadomości, że ministerstwo specjalnie się o nich troszczy, nie mogli by w ogóle funkcjonować.
2) Z powodu w/w deficytów potrzebują argumentów na potwierdzenie swojej lepszości, których mogli by użyć w dyskusjach z osobami spoza naukowych kręgów, np. u cioci na imieninach. - Czy ciocia wie, że socjolodzy na naszym uniwersytecie zdobyli w ostatniej ocenie więcej punktów niż fizycy ? I co ciocia na to ?
3) Chodzi o coś innego. A jeśli o coś innego, to najprawdopodobniej o pieniądze. Sprawa wyjaśni się gdy poznamy ogólne (ministerialne) i szczegółowe (wewnątrzuczelniane) zasady rozdziału pieniędzy na naukę. Może się okazać (gdyby bezwzględna liczba punktów odgrywała jednak w tym jakąś rolę), że badacze z zakresu HST, forsując dla siebie przywileje punktowe, mieli na oku coś znacznie więcej niż zaimponowanie cioci.
Nowe zasady przyznawania punktów za publikacje współautorskie stanowią następną rewolucję, także sprzyjającą HST, bowiem zasada dzielenia punktów uderzy głównie w "twarde" nauki w których współpraca wielu specjalistów jest o wiele częstsza niż w HST, gdzie znaczące publikacje są często jedno- lub zaledwie kilkuautorskie. Uregulowania tego typu mają oczywiście sens, bowiem w reformie chodzi między innymi o to, by ukrócić powszechne dzisiaj dopisywanie do prac kolegów, kochanek i sponsorów, ale można by to zrobić z głową, a nie w ten sposób. Na przykład można by honorować pełnią punktów pierwszego autora, autora korespondencyjnego, opiekuna naukowego młodego badacza będącego głównym wykonawcą, ostatniego autora (który w naukach ścisłych i przyrodniczych jest zwykle osobą kluczową w powstaniu pracy). W publikacjach wieloautorskich skutecznie eliminowało by to kolegów, kochanki, sponsorów i osoby parzące uczonym kawę, premiując równocześnie ludzi mających niemarginalny wpływ na powstanie publikacji. Jedną z ciekawostek związanych z tym rozwiązaniem jest zawarte w przewodniku stwierdzenie, że "promuje badania interdyscyplinarne". Zamiast dać sobie z tym spokój, autorzy rozwodzą się o co w tej promocji chodzi: "Warto przy tym zwrócić uwagę na wprowadzoną do systemu ewaluacji swoistą premię dla publikacji interdyscyplinarnych ... ". Przeczytanie ze zrozumieniem całego fragmentu dowodzi jednak, że nie chodzi tu o żadną "premię" ale o złagodzenie kary. Zrozumienie różnicy może być dla autorów przewodnika trudne, proponuję więc, aby minister Gowin zmniejszył im wszystkim pensje, z tym że jednemu z nich mniej niż innym i zakomunikował mu, że uhonorował go premią za szczególny wkład w powstanie tego dzieła.
Aby obraz reformy nauki zyskał na ostrości, potrzebne są jeszcze tylko trzy rzeczy: 1) lista punktowanych czasopism (podejrzewam niezłą jazdę), 2) informacja, ile punktów, zgodnie z przyjętymi przez ministerstwo zasadami uzyskał za swą monografię "Resocjalizacja przez sztukę sakralną w kontekście psychologii kwantowej" pan profesor Tomasz Rudowski z Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego, 3) informacja, jakie konsekwencje wyciągnięto wobec autora i naukowych recenzentów tego wiekopomnego dzieła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz