Białostocka reforma nauki uruchomiła procesy skutkujące wyłonieniem się nowych kategorii uczonych, do tej pory w Polsce nie spotykanych: nomadów punktowych, makulaturowych gigantów oraz autocytologów.
Plemię nomadów punktowych, kieruje się w wyborze czasopisma wyłącznie aktualnie obowiązującą punktacją. Ich preferencje ulegają nieustannym zmianom, bez wahania powierzają wytwory swego intelektu żurnalom których istnienia do tej pory nie podejrzewali, jeśli akurat zapunktowały na wysmażonej przez ministerstwo liście. Niektórzy trzymają swoje odkrycia w tajemnicy, inni zaś dzielą się (np. w komentarzach pod omawiającym aktualną punktację blogiem) upolowaną na liście zdobyczą z resztą pobratymców:
"........ proszę
zgłosić artykuł do czasopisma Journal of KONES (14 punktów). Czasopismo jest co
prawda techniczne, ale jeśli humaniści lub biolodzy wtrącą w swoje prace jakiś
wątek transportowy to bez problemu uzyskają akceptację. Warunek jest jeden
trzeba zgłosić się na konferencje "KONES 2016" koszt ok. 2500zł
ewentualnie dodatkowy kolejny artykuł ok 1000zł. Konferencja jest we wrześniu i
polecam ją wszystkim szukającym łatwych punktów, oczywiście tym mającym trochę
kasy. Łatwiejszych 14 punktów chyba nikt nie znajdzie w naukach technicznych,
ale jak mówię bez problemu opublikują artykuł filozofa jeśli będzie poruszał
zagadnienia szeroko rozumianego transportu."
Naturalnym żerowiskiem nomadów reprezentujących dziedziny bliższe nauce jest lista B, na której punktacja, pozbawiona racjonalnych podstaw, zmienia się jak w kalejdoskopie. Jedyny czynnik stanowiący powszechnie akceptowaną miarę naukowego poziomu czasopisma i mogący stabilizować jego pozycję na liście - cytowalność artykułów - odgrywa w jej konstruowaniu marginalną rolę (maklsymalnie 3,5 pkt na możliwych 15). Dominuje tu ocena rodzimych ekspertów, których werdykty zależą głównie od aktualnego nastroju i układów (np. atmosferycznych). Co ambitniejsi szukają łatwych punktów na liście A, na której też czasem zdarzają się niezasłużone skoki punktacji (wynikające z oszukańczych działań niektórych redaktorów). W porównaniu z dwoma następnymi fiksacjami nomadyzm punktowy to nieszkodliwe dziwactwo.
Makulaturowi giganci produkują niezliczoną masę prac o znikomym znaczeniu dla nauki, najczęściej w najniżej punktowanych czasopismach z listy A i najwyżej punktowanych z listy B. Ich głównym celem nie jest uzyskanie godnych uwagi wyników lecz zebranie jak największej liczby punktów w jak najkrótszym czasie. Wykorzystują każdą okazję do swoiście pojętej współpracy z podobnie kombinującymi kolegami i z pogardą traktują frajerów z uporem drążących zagadnienia nie gwarantujące szybkich publikacji. Tworzą dominujące, zgarniające nagrody i szybko awansujące hordy, utwierdzane przez system w przekonaniu o słuszności takiego postępowania. Swoją działalnością doprowadzają do ciągłego nakręcania spirali punktowych wymagań wobec starających się o awanse i tytuły, co stopniowo zmusza do produkcji makulatury wszystkich wciągniętych w tryby kariery naukowej osobników. Makulaturowi giganci tworzą konkurencję dla starszych stażem i doświadczeniem beneficjentów tradycyjnego modelu feudalnego, budujących naukową pozycję poprzez dopisywanie się do prac swoich podwładnych. Obie konkurujące grupy zawłaszczają wszystkie akademickie łupy nie pozostawiając niczego dla uczepionego tradycyjnych wartości plebsu. Owocująca publikacyjnym badziewiem działalność gigantów jest szkodliwa dla nauki krajowej, wypycha ją bowiem stopniowo na lekceważony przez poważne centra naukowe margines. Na marginesie tym przyjdzie jej konkurować z takimi matecznikami makulaturowych gigantów jak Turcja, Iran, Pakistan i Indie, co może być frustrujące.
Autocytolodzy to najczęściej obdarzeni samoświadomością makulaturowi giganci, nie żywiący złudzeń co do wartości własnego dorobku. Pragnąc dodać sobie znaczenia cytują swoje publikacje bez opamiętania. Dzięki dużej wydajności publikacyjnej i brakowi zahamowań osiągają szybki przyrost liczby cytowań pozostający bez jakiegokolwiek związku z poziomem zainteresowania ich wynikami ze strony innych badaczy. Wyjątkowo wysoką skuteczność osiągają na tym polu duże spółdzielnie makulaturowych gigantów, które potrafią niewyobrażalnie podkręcać cytowalność wspólnych produkcji. Ponieważ autocytologia nie spotyka się u nas z napiętnowaniem, mistrzowie tej sztuki mogą chlubić się mnóstwem cytowań i wysokim współczynnikiem Hirscha oraz czerpać z tego korzyści (np. w postaci punktów w ankiecie oceny pracownika lub większych szans przy aplikowaniu o granty). Ciekawe, że czasopisma podkręcające sobie w ten sposób współczynnik wpływu (IF) są przykładnie karane (okresowym lub trwałym usunięciem z listy ISI), natomiast autocytologia indywidualna, nawet w wydaniu skrajnym (60 i więcej procent autocytacji) jest przez środowisko naukowe dobrze tolerowana. W dobie wszechwładzy wskaźników bibliometrycznych autocytologia, kreująca fałszywych liderów jest dla nauki szkodliwa.
Wśród różnych stosowanych na świecie form sztucznego pompowania cytacji wymienić można: indywidualną (autocytologia sensu stricto), koleżeńską (autocytologia sensu largo, forma altruistyczna lub recyprokalna) i plemienną (ew. narodową). Ta pierwsza jest najprymitywniejsza i najmniej skuteczna, zaś ostatnia najbardziej wyrafinowana, najwydajniejsza i najczęściej stosowana. Ze względu na rozpowszechnioną w naszym narodzie skazę mentalną, forma najbardziej wyrafinowana w Polsce prawie nie występuje, co stawia nas na przegranej pozycji w konkurencji z innymi potęgami sztucznego pompowania cytacji, do których należą wymienione w poprzednim punkcie, bardziej na wschód położone kraje. Wielu uczonych z tych charakteryzujących się skrajną solidarnością plemienną krain wykazać się może rekordową liczbą cytacji, wśród których często nie znajdujemy ani jednej spoza ich kręgu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz