Jeden z blogerów naukowych wyszukał w otchłaniach internetu taką mapkę:
Dowodząc po raz kolejny, że jeden obraz mówi więcej, niż tysiąc słów.
Różowa dziura w Europie obejmuje najprawdopodobniej państwa, których ministrowie nauki obmyślają różne ulepszające reformy i obiecują społeczeństwu szybkie wprowadzenie co najmniej dwóch uniwersytetów do pierwszej setki światowego rankingu.
Tymczasem świat nie może się nadziwić, jak to możliwe, że taka Islandia (350 tysięcy obywateli, PKB = 24 miliardy $) posiada 2 uniwersytety w górnej pięćsetce, a Polska (38 milionów obywateli, PKB = 1200 miliardów $) ani jednego.
Aby wyjaśnić to intrygujące zagadnienie, przejdźmy od razu do kolejnych rozwiązań, wymyślonych przez zatroskanych stanem polskiej nauki urzędników. Przedstawiony przez nich dokument pod tytułem "Pieniądze dla uczelni - od czego zależy subwencja [ROZPORZĄDZENIE]" zawiera szereg objawień, które rozwiewają mgłę niepewności rozciągniętą nad reformą inną niż wszystkie i jej tajemniczymi algorytmami. Na wyłuskanie wszystkich zawartych w tekście objawień brak mi talmudycznego wykształcenia, przytoczę więc tylko najłatwiejsze do wyłowienia.
1) Algorytm ma charakter projakościowy - premiuje te uczelnie, które będą lepiej realizować swój okreslony cel....
Skala zmian i większy nacisk kładziony na jakość nie uderzy jednak w żadną uczelnię.
Oznacza to, że albo ministerstwo dysponuje bardzo dużymi dodatkowymi środkami i czasy "krótkiej kołdry" definitywnie się skończyły, albo że wszystko pozostanie po staremu. Znaczy się wszystko pozostanie po staremu.
2) Od 2019 roku nie będzie w algorytmie funkcjonowało pojęcie podstawowego miejsca pracy.
Dobra wiadomość dla humanistów i przedstawicieli nauk społecznych - będzie można dorobić do pensji w prowincjonalnych kuźniach kadr. Zła dla pozostałych - dodatkowych miejsc dorabiania dla fizyków i chemików jak nie było tak i nie będzie. Będą musieli skupić się na robieniu tzw. nauki.
3) Najważniejsze zmiany dla uczelni badawczych to: mniejsze grupy zajęciowe (1 - 10 a nie 1 - 13), składnik badawczy z większą wagą (0,3, a w przypadku pozostałych uczelni 0,25) .....
Mniej studentów w uczelniach badawczych to jednocześnie więcej studentów w pozostałych uczelniach. Dzięki temu przyszłość mniejszych szkół wyższych w obliczu niżu demograficznego nie będzie zagrożona.
To ostatnie demaskuje prawdziwy cel operacji obniżenia grup zajęciowych w uczelniach badawczych i nie wymaga dodatkowego komentarza. Deklaracja ministerstwa, że dzięki mniejszym grupom zajęciowym uczelnie badawcze podwyższą jakość kształcenia i skupią się na odpowiednim przygotowaniu przyszłych naukowców brzmi w tym kontekście śmiesznie. Biorąc pod uwagę że składnik dydaktyczny nadal będzie miał miażdżącą przewagę nad składnikiem badawczym, można z góry przewidzieć, że godzinowe obciążenia dydaktyczne pracowników uczelni badawczych nie zmniejszą się na tyle, by wreszcie mogli zająć się na poważnie uprawianiem nauki. Zwiększenie o 0,05 składnika badawczego można w tym kontekście uznać za kpinę, szczególnie dodając obwieszczone wszem i wobec zmniejszenie znaczenia kosztochłonności badań, uderzające w tych, którzy walczą by móc uprawiać w Polsce prawdziwą (niestety kosztowną) naukę. Ministerstwo wie jednak co robi zrzucając na uczelnie badawcze główny ciężar podwyższania zarówno jakości badań jak i jakości kształcenia, nie dając im nic w zamian. Uczelniani mandaryni i tak przystąpią do rywalizacji o tytuł uczelni badawczej bo mają w dupie realne korzyści dla uczelni. Im chodzi wyłącznie o tzw. prestiż. Oczywiście w wymiarze lokalnym, a nie globalnym, bowiem ten pozostanie poza zasięgiem beneficjentów reformy innej niż wszystkie. No ale nie łudźmy się, u nas wszystko jest jakby skarlałe. Nie wyłączając mandarynów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz