Idea otwartego dostępu (open access) do publikacji naukowych to koncepcja łatwa, lekka i przyjemna - a co najważniejsze - szalenie modna. Opiera się ona na założeniu, że obywatele, sponsorujący ze swoich podatków badania naukowe, mają prawo zapoznać się z ich wynikami, które, jak wiadomo, w większości przypadków publikowane są w czasopismach naukowych. Mają prawo wiedzieć, jak spożytkowano pieniądze, które wyłożyli na naukę.
Do niedawna, dostęp do specjalistycznych czasopism był utrudniony, trzeba było za niego płacić (abonując czasopismo lub wykupując dostęp do określonego, pojedynczego artykułu). Tylko nieliczne, najczęściej słabsze naukowe żurnale udostępniały za darmo pełną zawartość numerów lub wybrane artykuły w internecie. Działania te miały charakter promocyjny (umożliwiały im zaistnienie w szerszym obiegu).
Brak wolnego dostępu do zasobów publikowanych na świecie prac dawał się jednak we znaki nie tyle obywatelom, co uczonym z krajów najbiedniejszych i z Polski, odcinał ich bowiem od informacji o postępach badań, które były im do pracy niezbędne. Uczeni z krajów wyżej rozwiniętych mogli mieć z tym także czasem trudności, choć były one znacznie mniejsze, ze względu na przyzwoite nakłady na zakup publikacji, zarówno tradycyjnych jak i elektronicznych.
Na szczęście, mamy to już w Polsce za sobą. Powstała Wirtualna Biblioteka Nauki, wykupiony został - za bardzo duże pieniądze - dostęp do wielu liczących się na świecie wydawnictw i periodyków. Uczeni, szczególnie uprawiający dziedziny ścisłe, przyrodnicze, medyczne itp. uzyskali możliwość korzystania z pożądanych publikacji na bieżąco i bez dodatkowych opłat. Stanowi to zapewne jedyne nie budzące zastrzeżeń osiągnięcie poprzedniej ekipy zarządzającej nauką w Polsce.
Wydawało by się, że sprawa jest załatwiona, jednak medialny szum wokół open access nie ustaje. Ma on, jak wspomniałem, charakter ideologiczny. Kluczowym argumentem jest to, że dostęp do czasopism uzyskali jedynie pracownicy, studenci i doktoranci z instytucji naukowych, którym ministerstwo ten dostęp opłaciło. Przeciętny obywatel nadal nie może zapoznać się z większością obecnie publikowanych wyników. Odbywają się więc różne debaty, konferencje i panele eksperckie, które rozpatrują jak temu zaradzić. Jest to śmieszne, i to z dwóch naraz powodów. Po pierwsze, nie zatrudnieni w nauce obywatele nie studiują i nie będą nigdy studiowali w/w publikacji z powodu braku przygotowania i zainteresowania. Po drugie, nie ma nad czym konferować, ponieważ z góry wiadomo, do jakich wniosków owo konferowanie ma doprowadzić.
Najogólniej chodzi o to, by przeforsować finansowanie zupełnie wolnego dostępu do publikacji z pieniędzy publicznych. Zainteresowani są tym głównie wydawcy, liczący na profity z wnoszonych z tego tytułu opłat. Główni gracze na tym rynku, a więc renomowane zagraniczne wydawnictwa naukowe biorą obecnie za nieograniczone udostępnienie pojedynczego artykułu przeciętnie od 3000-5000 dolarów. Może to być więc dla nich istna kopalnia złota. Żeby ocenić, o jakie pieniądze chodzi, wystarczy sięgnąć do źródeł zawierających liczbę artykułów naukowych publikowanych rocznie w skali jednego, choćby i nie wyróżniającego się kraju (np. Polski). Nawet jeśli tylko pewna część tych artykułów ukazuje się w czasopismach międzynarodowego obiegu, kwota jest porażająca. Jest więc o co walczyć. Nie ulega wątpliwości, że wydawnictwa sponsorują działania, mające na celu upowszechnienie systemu opłat za open access. Wygląda na to, że niebezinteresowni (konferencje, publikacje, ekspertyzy), lub po prostu głupi uczestnicy tego procederu przeforsują w końcu te opłaty. I w ten sposób podatnicy, nie zainteresowani wcale czytaniem specjalistycznych artykułów w naukowych żurnalach, słono za potencjalną możliwość dostępu do nich zapłacą.
I niech nikt mi nie mówi, że chodzi tu o szeroką promocję polskich osiągnięć naukowych, a nie o interes wielkich koncernów wydawniczych. Zresztą łatwo będzie to sprawdzić. Czy myślicie, że polskie czasopisma o światowym zasięgu (z listy filadelfijskiej) otrzymają kiedykolwiek dopłaty w wysokości kilku tysięcy dolarów za każdy wydrukowany w otwartym dostępie artykuł polskiego autora ? No chyba żartujecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz