Weźmy na przykład najnowszą lamentację na temat skandalicznie niskiej liczby patentów. Zawiera ona szereg sugestywnych wykresów, w większości do złudzenia przypominających wykresy z lat poprzednich. Dla niektórych, nieco słabiej na umyśle rozwiniętych, nowością będzie diagram dowodzący, że w Polsce o patenty bardziej dbają jednostki naukowe niż przedsiębiorcy.
Czy to nie śmieszne w kontekście nieustannie forsowanego zwiększania udziału uczelni w tworzeniu innowacyjnej gospodarki ? Jeśli trend się utrzyma, wynalazki tworzone będą u nas wyłącznie przez wyrobników nauki i nielicznych hobbystów, zaś udział przedsiębiorców w tym procesie będzie zerowy. O tym, że nasi przedsiębiorcy oraz ich bezkrytyczni (ale być może nie bezinteresowni) poplecznicy w rządzie i poza nim dążą do takiego właśnie modelu pisałem między innymi tu i tu. Tak więc mamy do czynienia z pierwszą na świecie próbą budowy innowacyjnej gospodarki bez zaangażowania czynników gospodarczych, w szczególności przedsiębiorców.
Uporczywy brak sukcesów na tej wyboistej drodze, wybitni teoretycy nasi tłumaczą ciągle zbyt małym zaangażowaniem uczonych, którzy z niezrozumiałych względów nie chcą przekształcać uczelni w fabryki wynalazków. Niektórzy uważają więc, że należy jeszcze bardziej zaostrzyć środki przymusu ekonomicznego, inni, obdarzeni bardziej subtelnym rozumem, próbują wynaleźć jakieś bardziej cywilizowane rozwiązania.
Najnowszym, cudownym ponoć lekarstwem na opisaną przypadłość ma być tzw. uwłaszczenie naukowców. Uwłaszczeni akademicy staną się natychmiast tak zmotywowani, że sami nie tylko wytworzą, ale i wdrożą liczne, budzące powszechny podziw patenty. No i polska gospodarka stanie się wreszcie innowacyjna.
Jeśli tak się (co przewiduję) nie stanie, znowu będziemy mieli z czego sobie pożartować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz