Podczas Kongresu 590 w Jasionce koło Rzeszowa minister Gowin uświadomił zebranym, że polskiej nauce już się polepszyło pod jego rządami: "W minionych dwóch latach w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego przełamaliśmy fatalną dla Polski i Polaków tendencję ciągłego mówienia o jakości badań i nauczania czy też o innowacyjności, przy jednoczesnym braku konkretnych działań w tym kierunku. I to nie jest slogan, ani polityczna retoryka. To już teraz działające konkretne i skuteczne rozwiązania składające się w jeden spójny i skuteczny system złożony z ustaw, przepisów, instytucji, ulg i programów, dzięki którym Polska m.in. nie wpadnie w pułapkę tzw. średniego dochodu. To jest właśnie moja strategia". No i bardzo dobrze, że dzięki Panu Ministrowi nie wpadniemy w tą straszną pułapkę. Wierzymy na słowo, choć przewidywanie przyszłości nigdy nie było najmocniejszą stroną kierownictwa MNiSW.
Dość ciekawie brzmi jednak zawarta w wystąpieniu ocena aktualnej sytuacji naszej nauki mówiąca, że rozwiązania działające "już teraz" są "skuteczne" i jeszcze do tego składają się w "jeden skuteczny i spójny system złożony z ustaw ..." itd. Nie wiem, czy ktoś jest w stanie zrozumieć, o które ustawy chodzi - o te jeszcze wciąż obowiązujące czy o te, które ministerstwo zamierza dopiero wprowadzić. Bo jeśli o te pierwsze, to po co je zmieniać, skoro okazały się skuteczne. Jeśli zaś o te zaplanowane, to póki co nie wiadomo, czy ta najbardziej kluczowa zostanie w ogóle uchwalona przez Sejm. A jeśli nawet, to z jakimi poprawkami. Czy wychwalane przez ministra przepisy będą wtedy jeszcze tworzyły spójny, a do tego "skuteczny" system, trudno przewidzieć. Co ciekawe, z wypowiedzi ministra wynika jednoznacznie, że dobroczynny wpływ proponowanych ustaw na poziom badań i nauczania już się zaznaczył. Jeśli tak, to rzeczywiście mamy do czynienia z reformą inną niż wszystkie. Do tej pory żadna inna reforma nie umiała zadziałać zanim została zatwierdzona przez parlament i wdrożona. Jest to więc ewenement w skali światowej, nie tylko lokalnej.
Prawno-ustrojowe skutki takiej reformy mogą być naprawdę poważne. Mogą np. doprowadzić do likwidacji Sejmu, który okaże się zbędny gdy pozostałe ministerstwa zorientują się, że mogą kształtować rzeczywistość bez jego udziału.
Żeby wszystko zatrybiło, rozwiązana być musi sprawa właściwego postrzegania rzeczywistości przez dotknięte reformą 2.0 odłamy suwerena oraz przez społeczność międzynarodową. Wielu podlegających ministerstwu uczonych i nauczycieli akademickich dostrzega bowiem pogorszenie poziomu nauki i nauczania zamiast polepszenia. Co gorsza, ich ocenę podzielają jak się wydaje twórcy międzynarodowych rankingów. Na liście szanghajskiej zawierającej 500 najlepszych uczelni na świecie dwa najznamienitsze polskie uniwersytety zajmują miejsca w czwartej i piątej setce, a spośród pozostałych tylko 4 załapują się na pozbawioną znaczenia listę rezerwową (miejsca w 7 i 8 setce). Istnienia reszty skośnoocy eksperci w ogóle nie dostrzegają. Nie lepiej wypadają też nasze uczelnie w innych rankingach. I jest to dla niektórych Polaków frustrujące. "Jak się czujecie mieszkając w kraju w którym najlepszy uniwersytet plasuje się albo w trzeciej, albo w piątej setce świata w zależności od rankingu ?" - pyta jakiś bloger, który śledzi jakieś rankingi, zamiast wsłuchiwać się w słowa płynące wprost z Ministerstwa Prawdy. Także KE w swoim ostatnim raporcie nie podziela optymizmu pana ministra uważając, że ogólnie marnie wypadamy, i to nie tylko w porównaniu z europejskimi potęgami: "According to the 2017 results, Poland's ranking has declined further, despite some improvements in performance, while countries such as Lithuania and Latvia have made greater progress".
Skuteczność obranego przez ministerstwo kierunku musi być więc jak najszybciej dowiedziona, bo inaczej reforma nauki 2.0, oparta jak i poprzednia (której skutków właśnie doznajemy) na pomyśle ograbienia uczelni z funduszy BW i DS i skierowania tak "wygospodarowanych" pieniędzy do agencji grantowych (NCN i NCBiR), może być kontestowana.
Na szczęście są jeszcze uczeni, którzy potrafią zauważyć polepszenie tam, gdzie inni widzą pogorszenie. Są oni przeważnie związani etatowo i/lub mentalnie z wymienionymi agencjami, co przydaje znaczenia ich opiniom. Wprawdzie instytucje te po 6 latach działalności nie przyczyniły się w ogóle do podniesienia poziomu polskiej nauki, ale kto by się tym przejmował. Dowiadujemy się więc m.in. że Narodowe Centrum Nauki "osiągnęło, zdaniem znacznej części polskiego środowiska naukowego, wyraźny sukces" [1], oraz że "w polskiej nauce coś drgnęło" [2].
Innymi słowy, osiągnęliśmy wyraźny sukces, ponieważ coś drgnęło. Albo i nie drgnęło, bo informację o drgnięciu poprzedzały słowa "czyżby jednak" a kończył znak zapytania.
W tekście o drgnięciu polskiej nauki są jeszcze dwie tabelki, które informują nas bardzo dokładnie, w jakim miejscu się obecnie znajdujemy:
Wystarczy zdać sobie sprawę z różnic demograficznych pomiędzy porównywanymi krajami (Polska - 38 mln, Czechy - 11 mln, Węgry - 10 mln), i dokonać kilku prostych obliczeń. Wychodzi na to, że wydajność w pozyskiwaniu grantów ERC w przeliczeniu na mln mieszkańców/rok kształtowała się następująco: Polska - 0,06; Czechy - 0,21; Węgry - 0,51. Tak więc Czesi byli 3,5 razy bardziej wydajni, Węgrzy zaś 8,5 razy. To nie są drobne różnice. To jest przepaść.
Jeśli chodzi o publikacje w najbardziej prestiżowych czasopismach, to stosunek ten kształtował się na poziomie 1:2,6:2,5. Też nieźle. Mając tyle ludności co Polska Czesi mogliby (przy swojej wydajności) uzyskać w ciągu objętych statystyką lat 79 grantów i opublikować 456 artykułów w Nature i Science. Dla Węgrów liczby te wyniosłyby odpowiednio 194 i 429. Dla Polski wyniosły zaś 24 i 177.
No i teraz dochodzimy do drgnięcia i jego zakresu. Zakładając, że skutki powołania agencji grantowych mogły zaznaczyć się najwcześniej po dwóch latach ich działalności (a więc w 2013 r.), łatwo wyliczyć, że przyczyniły się one do zmiany wydajności w dziedzinie grantów ERC z 0,06 do 0,07, w dziedzinie prestiżowych publikacji zaś z 0,44 do 0,50. Biorąc pod uwagę koszty całej operacji (wraz z utrzymaniem rozdętego aparatu urzędniczego obu agencji oraz nakładu pracy, czasu i zdrowia badaczy na przygotowywanie wniosków) wyraźnie widać, że była ona zupełnie nieopłacalna. Myślę, że jej klapę ujrzelibyśmy w całej okazałości, gdybyśmy prześledzili np. źródła finansowania prac z udziałem polskich badaczy, opublikowanych w Nature i Science. Ile z nich powstało przy ich wsparciu ? No ale to zostawiam osobom bardziej dociekliwym. Ja chciałem sobie tutaj tylko trochę pożartować.
Tak czy inaczej, zarządzanie agencjami grantowymi, a być może nawet całą nauką w Polsce to zarządzanie fikcją i nic więcej. Ustawa inna niż wszystkie z pewnością niczego w tym zakresie nie zmieni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz