(wiem, że to znacie, ale warto oglądnąć jeszcze raz)
Jest to patologiczny przykład tresury studentów uczelni, której absolwenci od kilkudziesięciu lat zajmują się zarządzaniem wszystkim czym tylko można w Polsce zarządzać i doradzaniem wszystkim którzy tego potrzebują a nawet tym, którzy tego nie potrzebują. Ich misją było i będzie kształtowanie oblicza kraju zgodnie z wyobrażeniami wyniesionymi z macierzystej uczelni, która jest przesławna i z której są dumni.
Co gorsze, dwa lata temu tzw. unijna grupa wysokiego szczebla wypuściła dokument dotyczący obowiązkowego szkolenia nauczycieli akademickich w zakresie metod nauczania. Wszystko to oczywiście w ramach dalszego polepszania jakości kształcenia Europejczyków, która to jakość jest już, na skutek działania poprzednich grup wysokiego szczebla wysoka, ale nie na tyle wysoka, by nie dało się jej jeszcze podwyższyć.
Dokument zaleca "wprowadzenie obowiązkowych i poświadczonych certyfikatem szkoleń dla pracowników dydaktycznych uczelni", a w jednym z 16 zaleceń deklaruje szczególną promocję i wsparcie dla "metod orientacji, doradztwa i coachingu". Wyjątkowo słabo zorientowani, pozbawieni dobrych rad i osobistych kołczów pracownicy polskich uczelni stanowią idealny target dla wspieranych przez grupę wysokiego szczebla działań. Wykreowano więc obfite żerowisko dla dużej liczby polskojęzycznych zUnifikowanych szkoleniowców akademickich, wtedy jeszcze prawie nieistniejących.
Różne przedsiębiorcze osobniki, nie mające lepszego pomysłu na biznes wyczuły szansę, przeszły treningi w zakresie eurokołczingu i eurodoradczingu, uzyskały wymagane uprawnienia i oczekują w blokach startowych na moment, w którym zalecane przez wysoką komisję szkolenia staną się na uczelniach obowiązkowe. Szuflady i segregatory w wynajętych przez nich biurach na dziesiątym piętrze już pękają od wydrukowanych zawczasu na ekologicznym papierze certyfikatów, gotowych do wypełnienia i przystawienia kolorowych pieczątek.
Chodzą słuchy, że utrwalone na przedstawionym filmie ćwiczenie stanowiło element szkolenia posiłków, które wspomniana wyżej uczelnia zamierza rzucić na odcinek reformowania nauki i było instrukcją postępowania z akademickim plebsem oraz mniej podatnymi na sugestie urzędnikami Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (o ile tacy się zachowali). Oddelegowane do tej pory na ów odcinek kadry okazały się niewystarczające dla zaprowadzenia na polskich uczelniach korporacyjnego ładu, który stanowi rzeczywisty cel reformy nauki i szkolnictwa wyższego.
Metoda będzie przydatna nie tylko w pionowo zorientowanym dyscyplinowaniu środowiska akademickiego przez obermenedżerów z dyplomami SHG i MBA, ale i w rozbijaniu skostniałych struktur hamujących wszechstronny (aczkolwiek ściśle ukierunkowany) rozwój młodych pracowników nauki. Wdrażana w niejednorodnych grupach szkoleniowych, złożonych z profesorów, doktorów habilitowanych, adiunktów i asystentów może pobudzić demokratyzację i wyluzowanie opornego na zmiany środowiska. Psycholodzy biznesu dowiedli bowiem ponad wszelką wątpliwość, że zaprowadzenie korporacyjnego ładu w środowisku wyluzowanym jest łatwiejsze niż w nie wyluzowanym.
Ktoś może powiedzieć, że pracownicy uczelni, w odróżnieniu od studentów SGPiS mogą okazać się mniej podatni na tego typu manipulacje i nie zechcą okładać się po gębach na komendę kołcza, choćby ze względu na nie do końca (niestety) wykorzenione poczucie dumy. Groźba taka oczywiście występuje, ale można jej łatwo zaradzić za pomocą korporacyjnych metod zarządzania, które w ogóle nie tolerują takich patologii. Pracownicy zobowiązani są do bezwzględnego wykonywania nawet najgłupszych poleceń pod groźbą zwolnienia z pracy. Było to już wielokrotnie przećwiczone, zawsze z dobrym skutkiem, i w nowoczesnym zarządzaniu zasobami ludzkimi nie stanowi żadnego problemu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz