niedziela, 19 kwietnia 2015

O LOKALNEJ SZKODLIWOŚCI EUROPEJSKICH ZASAD RÓWNOŚCIOWYCH

Ministerialna szlachta ugięła się pod naciskiem Unii i podjęła działania w kierunku wdrożenia Europejskiej Karty Naukowca, w tym kodeksu postępowania przy rekrutacji pracowników naukowych.
Przewiduje on między innymi to, co poniżej:


Jeśli celem ministerialnych strategów (poza podlizaniem się architektom nowego europejskiego ładu naukowego) jest przyciągnięcie do Polski prawdziwych, a nie wybrakowanych uczonych, kodeks postępowania im w tym z pewnością nie pomoże.
Zakłada on bowiem "równe traktowanie wszystkich naukowców w Europie", co należy rozumieć także i w ten sposób, że naukowcy zagraniczni powinni być w Polsce traktowani tak samo jak polscy. Żaden normalny uczony na to nie pójdzie, no chyba że w celu przeczekania chwilowej przerwy w zatrudnieniu i czmychnięcia przy pierwszej nadarzającej się okazji. Poza tym, na takie przeczekanie lepiej nadaje się znacznie wyżej płatny zmywak w Anglii. Wartościowi uczeni być może przyjechaliby do nas, ale wyłącznie pod warunkiem nierównego traktowania, tzn. dzięki poborom wyraźnie przekraczającym zasiłki wypłacane tubylcom. 
Zasada równości, nieskuteczna w dziedzinie przyciągania wartościowego personelu obcego, wpłynąć może jednak stymulująco na wymianę taniej siły roboczej pomiędzy uczelniami rodzimymi. Potraktowana poważnie zagrażać będzie natomiast napływem niezagospodarowanych mas doktorskich, produkowanych w krajach nie słynących z wysokiego poziomu naukowego. Co gorsze, ruch kadrowy będzie w tym przypadku jednostronny, bowiem kraje owe nie mają, o ile mi wiadomo, najmniejszego zamiaru respektować równościowego kodeksu europejskiego. Szkoda, bo ze względu na wyższą średnią płacę i temperaturę, część polskich uczonych mogła by się skusić (np. dla przeczekania chwilowej przerwy w zatrudnieniu w atrakcyjnych warunkach letniskowych - morze, palmy, itp.).
Europejska Karta Naukowca nie jest jednak, sama z siebie, regulacją nadmiernie dla naszych uczelni szkodliwą. Nie można tego powiedzieć o związanych z nią wymysłach ministerialnej elity:

Jeśli zawarte w Karcie zapisy równościowe potraktowane zostaną przez uczelnie poważnie (a taka jest, zdaje się, wola ministerstwa), to uczelnie nie będą mogły dyskryminować starających się o zatrudnienie ze względu na język. Grozi to katastrofą systemu w którym (w odróżnieniu od systemu zachodniego) nie ma miejsca dla pracowników nie posiadających tzw. pensum dydaktycznego. Wiąże się to z prowadzeniem dużej liczby zajęć z młodzieżą, która wciąż jeszcze ma prawo oczekiwać, by były mówione po polsku. Z tego powodu polskojęzyczne uczelnie nie będą mogły podpisać Karty, dopóki problem finansowania przez nie etatów wyłącznie naukowych nie zostanie rozwiązany.
Z drugiej strony, jeśli nie podpiszą, będą dyskryminowane przy przyznawaniu grantów, a instytucje czysto naukowe (np. jednostki PAN) będą premiowane. Pracownicy uczelni już zresztą są (ze względu na obowiązek prowadzenia zajęć, pisanie sylabusów itp.) dyskryminowani w postępowaniach awansowych (np. instrukcja CK dla recenzentów habilitacji mówi, że w recenzji ma być wyraźnie zaznaczona ocena osiągnięcia naukowego oraz ocena istotnej aktywności naukowej; nie wspomina ani słowem, by działalność dydaktyczna, której uczelniani kandydaci na dr hab. poświęcają większość czasu, miała tu jakiekolwiek znaczenie) oraz w walce o granty (z tego samego powodu). Beneficjentami tego chorego systemu są oczywiście znowu pracownicy jednostek nie prowadzących dydaktyki oraz zatrudniające ich instytucje. Rodzi to natychmiast następne nierówności, np. przy obowiązującym obecnie, jednolitym systemie kategoryzacji jednostek różnego typu (itd.).

Jak widać, w systemie źle pomyślanym i fatalnie zarządzanym dążenie do równości pogłębia nierówność, zamiast ją niwelować. Znaczy się, jest szkodliwe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz