niedziela, 29 września 2013

PO(D)STĘPY BIBLIOMETRII

Zauważyłem, że niektóre polskie przybytki kształcenia wyższego chwalą się w sieci wysokością tzw. zmodyfikowanego indeksu Hirscha (hm), który lokuje je ponoć znacznie wyżej niż zwykły indeks h. Po prostu pękają z dumy. Co gorsza, hm jako ewentualna  podstawa rankingu jednostek naukowych stał się przedmiotem poważnych rozważań niektórych bibliometrioznawców a nawet publicystów. Według tychże, omawiany wskaźnik ujawnia ukryty potencjał niektórych zupełnie o to nie podejrzewanych uczelni krajowych, co przedstawia wykres (zaczerpnięty stąd):
Można by machnąć na to ręką, bo wskaźniki bibliometryczne w ogóle są, delikatnie mówiąc, mało wiarygodne. Jednakże budowanie rankingów uczelni na zmodyfikowanym indeksie Hirscha to wyjątkowy szczyt idiotyzmu.
Indeks ten ma podobno niwelować różnice w zwykłym indeksie Hirscha, wynikające z różnic w wielkości uczelni poprzez dzielenie h przez liczbę uwzględnionych w jego liczeniu prac N,  podniesioną do potęgi 0,4:  hm=h/N^0,4. Cała operacja ma więc cel wzniosły, któremu na imię sprawiedliwość. I jak większość takich operacji prowadzonych bez domieszki myślenia, przynosi skutek odwrotny do zamierzonego.

Wyobraźmy sobie dwie uczelnie, jedną zatrudniającą 500 pracowników naukowych, drugą 1000. Pierwsza z nich uzyskała h=100, druga zaś h=50. Pracownicy tej pierwszej opublikowali w analizowanym okresie 900 prac, drugiej zaś 100 prac. Dotyczy to oczywiście prac w czasopismach indeksowanych, ponieważ tylko takie prace są brane pod uwagę (kalkulacje prowadzone są na podstawie analizy zasobów renomowanych międzynarodowych baz danych). Tak więc mniejsza uczelnia pochwalić się może wielokrotnie większym dorobkiem publikacyjnym, do tego zaś znacznie wyższej jakości (o ile świadczyć ma o niej cytowalność prac w światowym piśmiennictwie, co jest tu założeniem podstawowym) - 100 publikacji jej pracowników było cytowanych co najmniej 100 razy każda. Większa wygląda w porównaniu z nią nędznie - tylko 100 prac, w tym tylko 50 cytowanych po co najmniej 50 razy. Która z tych uczelni przoduje, nie ulega dla nikogo najmniejszych wątpliwości. Mimo to jednak, pierwsza uzyskuje hm=6,58, druga zaś hm=7,92. Taka niespodzianka.
Należy zaznaczyć, że to nie koniec absurdów, jakie rodzi zmodyfikowany indeks Hirscha brany na poważnie. Wyobraźmy sobie uczelnię, zatrudniającą 1000 pracowników naukowych, którzy opublikowali 27 prac indeksowanych, z których 15 uzyskało co najmniej 15 cytacji każda. Osiągnie ona hm=4, co stanowi wartość wyższą niż osiągnięta w rzeczywistości przez którąkolwiek z polskich uczelni (dla najlepszych z nich hm osiąga wartość ok. 3, co widać na powyższym wykresie). Co ciekawe, 973 pracowników tej niewątpliwie przodującej w omawianym rankingu uczelni mogło w branym pod uwagę okresie czasu nie publikować nic, albo publikować byle co byle gdzie (co zresztą, jeśli chodzi o prawdziwą naukę, na to samo wychodzi). 
Ponieważ czym głupsze podejście, tym łaskawiej przyjmowane jest przez ministerialna szlachtę, nie wykluczam, iż hm może stać się podstawą oficjalnych rankingów. Jeśli tak będzie, stanowczo zalecam dbającym o pozycję swojej uczelni rektorom, by zakazali większości swoich pracowników publikowania w indeksowanych czasopismach. Wystarczy, że kilku (kilkunastu) wybijających się pracowników będzie działało naukowo na rzecz całej wspólnoty. Działanie takie natychmiast przełoży się na wzrost hm uczelni, a co za tym idzie, zwiększy finansowanie i znacznie poprawi warunki jej funkcjonowania. 
W skrajnych przypadkach, gdy nie dysponujemy żadnym wybijającym się uczonym w naszej jednostce, możemy postawić na jednego pracowitego średniaka, który w ciągu 4 lat (kategoryzacja jest co 4 lata) spłodzi 20 prac w indeksowanych czasopismach z niższej półki, w których kolejno cytował będzie wszystkie swoje prace uprzednio opublikowane w tym ciągu (w kalkulacji indeksu nie odróżnia się cytowań obcych od autocytowań). W ten sposób dorobek owego uczonego uzyska h=10, a uczelnia hm=3, co ulokuje ją w rankingu przed Uniwersytetem Jagiellońskim. 

Jak widać, zmodyfikowany indeks Hirscha najwyraźniej sprzyja tym, którzy publikują miernie i mało. Zestawiony z normalnym indeksem h i liczbą pracowników naukowych, może jednak dostarczyć interesujących wskazówek na temat kondycji naukowej uczelni/instytutu. Zupełnie nie nadaje się natomiast do tego, do czego był podobno stworzony; a do tego nie jest wcale wrażliwy na wielkość porównywanych jednostek (wyrażoną liczbą zatrudnionych wyrobników nauki).

Można spytać, czy to możliwe, że autorzy indeksu aż tak się pomylili co do jego możliwości ? Odpowiedź jest prosta - założeniem podstawowym, na którym się oparli, była podobna (ilościowo) produktywność pracowników porównywanych jednostek, co polscy propagatorzy zmodyfikowanego Hirscha zupełnie przeoczyli (zapewne wskutek nieuctwa). O tym, że u nas tak nie ma, nie muszę nikogo przekonywać - wszelkie dowodzące tego dane są powszechnie dostępne w internecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz