Nauka jest, jak wiadomo, bardzo ważna. Umożliwia rozwój
ludzkości, zapewnia dobrobyt, konkurencyjność i postęp cywilizacyjny
społeczeństwom które ją rozwijają, i takie tam. O wszystkim tym rządzący
powojenną Polską podobno wiedzieli – każdy (od Gomułki poczynając, na Tusku
kończąc) zapewniał nas, że rozwój nauki jest priorytetem dla jego rządu. Gdyby
same zapewnienia wystarczały, bylibyśmy już od dawna światową potęgą w tej
dziedzinie.
Po obaleniu komunizmu, przez krótką chwilę wydawało się, że odświeżona
klasa rządząca chce rzeczywiście coś w tym kierunku zrobić. Powołanie KBN,
otwarcie na świat i stosunkowo niewielkie pieniądze, wyskrobane z prywatyzacji
uruchomiły nieco rezerw tkwiących jeszcze w polskiej nauce. W latach 90-tych
zanotowaliśmy więc ograniczony postęp, który wymagał jednak następnych działań,
które oczywiście nie nastąpiły. Zamiast nich pojawiły się kolejno: nadmierne
obciążenia dydaktyczne, chorobliwy rozrost biurokracji oraz zbyt wygórowane oczekiwania
władz. Polscy uczeni, finansowo upośledzeni w porównaniu nie tylko ze swoimi
kolegami z Europy Zachodniej, ale i z kolegami z Czech czy też Turcji (gdzie
płaca profesora jest ok. 3 razy wyższa niż u nas), mieli – wedle oczekiwań rządzących
– tworzyć nad Wisłą naukę na najwyższym światowym poziomie. Zanim opóźniona w
rozwoju władza zorientowała się, że bez odpowiedniego wynagradzania uczonych
nie jest to możliwe, czas koniunktury minął i nadszedł kryzys. Wraz z nim pojawiła
się świadomość, że bez dobrze funkcjonującej nauki przegramy międzynarodowy
wyścig i będzie po zawodach. W rezultacie postanowiono wypłacić uczonym rozłożony
na trzy raty dodatek inflacyjny, nazwany nie wiadomo czemu podwyżką. Ponieważ ograniczono
im równocześnie zwolnienia podatkowe z tytułu 50% kosztów uzyskania przychodu, dobrze
będzie, jeśli – średnio rzecz biorąc – utrzymają dochody na dotychczasowym
poziomie. Skuteczność, a raczej nieskuteczność owej „podwyżki” łatwo
przewidzieć. Nie wywoła ona niczego poza rozdrażnieniem [1, 2, 3].
Ponieważ pieniędzy na prawdziwą podwyżkę nie ma i nie będzie
z powodu pogłębiającego się załamania gospodarczego, to grozi nam, że kiepsko
nagradzani uczeni nie wprowadzą polskiej nauki do światowej czołówki, co
pozbawi nas szans na wzrost innowacyjności i konkurencyjności, koniecznych dla wyjścia
z załamania gospodarczego, które to wyjście umożliwiłoby pojawienie się
pieniędzy na podwyżkę dla uczonych, którzy zmotywowani podwyżką wydźwignęliby
naukę i całą resztę z tego załamania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz