środa, 24 kwietnia 2013

Cud nad Wisłą ver. 2


Uczelnie państwowe utrzymują się głównie z funduszy na działalność dydaktyczną (naliczanych zależnie od liczby studentów), które jakimś dziwnym zrządzeniem losu, nie pokrywają nawet frustrująco niskich pensji wyrobników naukowo-dydaktycznych. Pozostałe 10% pochodzi głównie z tzw. Działalności Statutowej (DS), która w tej sytuacji wystarczać powinna na całą resztę działalności, m.in. na nieosobowe koszty prowadzenia zajęć dydaktycznych. Byłoby to może jeszcze do zniesienia, gdyby nie jeden drobiazg: dotacja  na działalność statutową, przeznaczona jest, zgodnie z przepisami (np. [1][2]) wyłącznie na tzw. „utrzymanie potencjału badawczego jednostki naukowej”. 

Wychodzi więc na to, że finansowanie uczelni wyższych z kasy państwowej nie przewiduje (poza nielicznymi kierunkami zamawianymi) żadnych w miarę stałych funduszy na zakup środków umożliwiających prowadzenie bieżącej działalności dydaktycznej (np. wyposażenia w pomoce naukowe, zakup odczynników chemicznych itp.). Coroczne sprawozdania, dotyczące wydatkowania DS-ów, wysyłane przez uczelnianych mandarynów do ministerstwa wskazują, że DS-y w całości wydawane są zgodnie z przepisami, tzn. na utrzymanie potencjału badawczego. 

Skąd więc uczelnie biorą pieniądze na działalność dydaktyczną ? Na kierunkach humanistycznych, na których (teoretycznie rzecz biorąc) do realizacji ćwiczeń wystarczy tablica i kreda, odpowiedź jest prosta – prowadzący na bieżąco kupują kredę z własnej kieszeni, a tablica już jest (zakupiona w czasach realnego socjalizmu). Na kierunkach ścisłych i przyrodniczych, gdzie ćwiczenia laboratoryjne wymagają regularnie ponoszonych, wysokich nakładów, odpowiedzi nie ma. Mimo to, zajęcia od lat się toczą, jak gdyby nigdy nic. Cud nad Wisłą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz