Uczelnie państwowe utrzymują się głównie z funduszy na działalność
dydaktyczną (naliczanych zależnie od liczby studentów), które jakimś dziwnym
zrządzeniem losu, nie pokrywają nawet frustrująco niskich pensji wyrobników
naukowo-dydaktycznych. Pozostałe 10% pochodzi głównie z tzw. Działalności
Statutowej (DS), która w tej sytuacji wystarczać powinna na całą resztę działalności,
m.in. na nieosobowe koszty prowadzenia zajęć dydaktycznych. Byłoby to może jeszcze
do zniesienia, gdyby nie jeden drobiazg: dotacja na działalność statutową, przeznaczona jest,
zgodnie z przepisami (np. [1][2]) wyłącznie na tzw. „utrzymanie potencjału badawczego
jednostki naukowej”.
Wychodzi więc na to, że finansowanie uczelni wyższych z kasy
państwowej nie przewiduje (poza nielicznymi kierunkami zamawianymi) żadnych w miarę stałych funduszy na zakup środków umożliwiających prowadzenie bieżącej działalności
dydaktycznej (np. wyposażenia w pomoce naukowe, zakup odczynników chemicznych itp.).
Coroczne sprawozdania, dotyczące wydatkowania DS-ów, wysyłane przez uczelnianych mandarynów do
ministerstwa wskazują, że DS-y w całości wydawane są zgodnie z przepisami, tzn.
na utrzymanie potencjału badawczego.
Skąd więc uczelnie biorą pieniądze na
działalność dydaktyczną ? Na kierunkach humanistycznych, na których (teoretycznie
rzecz biorąc) do realizacji ćwiczeń wystarczy tablica i kreda, odpowiedź jest
prosta – prowadzący na bieżąco kupują kredę z własnej kieszeni, a tablica już
jest (zakupiona w czasach realnego socjalizmu). Na kierunkach ścisłych i
przyrodniczych, gdzie ćwiczenia laboratoryjne wymagają regularnie ponoszonych, wysokich
nakładów, odpowiedzi nie ma. Mimo to, zajęcia od lat się toczą, jak gdyby nigdy
nic. Cud nad Wisłą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz