wtorek, 6 listopada 2012

Po co Polakom uniwersytety ?



Na pytanie postawione w tytule tak śmiało rząd nie znalazł jeszcze sensownej odpowiedzi. Zapatrywania różnych teoretyków, idealistów, pragmatyków i cyników, wyrażane w ramach ożywionej dyskusji w tej sprawie pełne są sprzeczności, a czasem nawet nie nadają się do przytoczenia. Generalnie jednak, poza nielicznymi wyjątkami [1][2] są niedorzeczne, ponieważ ich autorzy mają kłopot ze zrozumieniem słowa „uniwersytet”, i z tego powodu nie wiedzą o czym piszą. Niestety zaczyna przeważać opinia, że naczelnym zadaniem ogółu szkół wyższych w Polsce jest coś w rodzaju szkolenia zawodowego młodzieży, najlepiej takiego, by zaraz po opuszczeniu uczelni mogła spełnić nawet najbardziej wyszukane wymagania pracodawców, szczególnie nieumiejących wyszkolić sobie pracowników. Przebiła się ona do MNiSW i utkwiła w mózgach rezydującej tam szlachty, wywołując szkody w ministerialnych regulacjach. Pogląd tego typu, zastosowany w odniesieniu do uniwersytetów, w cywilizowanych krajach uznano by za dziwaczny, ponieważ odnosi się najwyraźniej do szkolnictwa zawodowego (zasadniczego, średniego, bądź wyższego) i z ideą uniwersytetu i jego znaczeniem w nowoczesnym społeczeństwie ma niewiele wspólnego.
Jakby tego było mało, niektórzy, zupełnie już wykolejeni, chcieliby z całego szkolnictwa wyższego zrobić coś w rodzaju zakładu usług edukacyjnych dla biznesu. Klasyczną ilustracją tego rodzaju dewiacji jest artykuł „Jak wyrugować socjalizm z polskich uczelni ?”, zamieszczony na portalu Biznes.pl. Według autora tego elaboratu uczelnie istnieją po to (i tylko po to), by robiły biznes, współpracowały z biznesem i kształciły młodzież tak, by dużo zarabiała i potrafiła działać w biznesie. Warto zauważyć, że w związku z tym uczelnie/wydziały kształcące np. nauczycieli bądź pielęgniarki są zbędne, ponieważ wykonywanie tych zawodów jest mało opłacalne. Całkowite kuriozum stanowią proponowane przez autora „rynkowe miary jakości polskich uczelni”, oceniające: 1) zarobki absolwentów, 2) liczbę absolwentów którzy założyli lub prowadzą firmy, 3) przychody prowadzonych przez absolwentów firm, 4) dane o współpracy uczelni z biznesem – wartość wdrożeń innowacji opracowanych na uczelni, wartość kontraktów na rzecz biznesu, wycena spółek spin-off które tworzą uczelnie. Najzabawniejsza wydaje się jednak w tym wszystkim pewność autora co do skuteczności proponowanych działań – Gdyby proponowane przeze mnie rynkowe miary jakości zastąpiły obecne socjalistyczne wskaźniki i gdyby finansowanie zostało oparte na tych miarach, wówczas byłaby szansa na radykalną poprawę jakości kształcenia i na szybszy rozwój gospodarczo-społeczny Polski – oświadcza z dumą.
 Większość niepublicznych szkół wyższych w Polsce funkcjonuje już od długiego czasu w myśl powyższych, niesocjalistycznych zasad (stanowią przedsięwzięcia biznesowe i kształcą kadry dla biznesu), dlatego też, jak wszystkim wiadomo, oferowana przez nie jakość kształcenia młodzieży nie ma sobie równych. Opinia, że coraz częściej spotykane przypadki rażącej niekompetencji, ewidentnych zaniedbań, głupoty lub braku samodzielnego myślenia w gospodarce mają jakiś związek z wejściem na rynek pracy wielkiej rzeszy absolwentów marketingu i zarządzania oraz innych tego typu kierunków w niepublicznych uczelniach, jest złośliwa. Tak samo jak sugestia, że gdy będziemy mieli kiedyś poprawnie funkcjonującą gospodarkę, zarządzaną przez prawdziwych menedżerów, to podobnie jak w Ameryce, Anglii i jeszcze kilku innych krajach, ukończenie (z dobrym wynikiem) dobrego uniwersytetu będzie gwarancją uzyskania ciekawej, wysoko opłacanej pracy. Oczywiście, jak absolwentowi nie będzie to odpowiadało, to założy sobie jakiś tam biznes.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz