Na pytanie postawione w tytule tak śmiało rząd nie znalazł
jeszcze sensownej odpowiedzi. Zapatrywania różnych teoretyków, idealistów,
pragmatyków i cyników, wyrażane w ramach ożywionej dyskusji w tej sprawie pełne
są sprzeczności, a czasem nawet nie nadają się do przytoczenia. Generalnie
jednak, poza nielicznymi wyjątkami [1][2] są niedorzeczne, ponieważ ich autorzy
mają kłopot ze zrozumieniem słowa „uniwersytet”, i z tego powodu nie wiedzą o
czym piszą. Niestety zaczyna przeważać opinia, że naczelnym zadaniem ogółu
szkół wyższych w Polsce jest coś w rodzaju szkolenia zawodowego młodzieży,
najlepiej takiego, by zaraz po opuszczeniu uczelni mogła spełnić nawet najbardziej wyszukane wymagania pracodawców, szczególnie nieumiejących wyszkolić sobie pracowników. Przebiła
się ona do MNiSW i utkwiła w mózgach rezydującej tam szlachty, wywołując szkody w ministerialnych regulacjach. Pogląd
tego typu, zastosowany w odniesieniu do uniwersytetów, w cywilizowanych krajach
uznano by za dziwaczny, ponieważ odnosi się najwyraźniej do szkolnictwa
zawodowego (zasadniczego, średniego, bądź wyższego) i z ideą uniwersytetu i
jego znaczeniem w nowoczesnym społeczeństwie ma niewiele wspólnego.
Jakby tego było mało, niektórzy, zupełnie już wykolejeni,
chcieliby z całego szkolnictwa wyższego zrobić coś w rodzaju zakładu usług
edukacyjnych dla biznesu. Klasyczną ilustracją tego rodzaju dewiacji jest
artykuł „Jak wyrugować socjalizm z polskich uczelni ?”, zamieszczony na portalu
Biznes.pl. Według autora tego elaboratu uczelnie istnieją po to (i tylko po
to), by robiły biznes, współpracowały z biznesem i kształciły młodzież tak, by
dużo zarabiała i potrafiła działać w biznesie. Warto zauważyć, że w związku z
tym uczelnie/wydziały kształcące np. nauczycieli bądź pielęgniarki są zbędne,
ponieważ wykonywanie tych zawodów jest mało opłacalne. Całkowite kuriozum
stanowią proponowane przez autora „rynkowe miary jakości polskich uczelni”, oceniające:
1) zarobki absolwentów, 2) liczbę absolwentów którzy założyli lub prowadzą
firmy, 3) przychody prowadzonych przez absolwentów firm, 4) dane o współpracy
uczelni z biznesem – wartość wdrożeń innowacji opracowanych na uczelni, wartość
kontraktów na rzecz biznesu, wycena spółek spin-off które tworzą uczelnie. Najzabawniejsza
wydaje się jednak w tym wszystkim pewność autora co do skuteczności
proponowanych działań – Gdyby proponowane przeze mnie rynkowe miary jakości
zastąpiły obecne socjalistyczne wskaźniki i gdyby finansowanie zostało oparte
na tych miarach, wówczas byłaby szansa na radykalną poprawę jakości kształcenia
i na szybszy rozwój gospodarczo-społeczny Polski – oświadcza z dumą.
Większość
niepublicznych szkół wyższych w Polsce funkcjonuje już od długiego czasu w myśl
powyższych, niesocjalistycznych zasad (stanowią przedsięwzięcia biznesowe i kształcą kadry dla
biznesu), dlatego też, jak wszystkim wiadomo, oferowana przez nie jakość
kształcenia młodzieży nie ma sobie równych. Opinia, że coraz częściej spotykane
przypadki rażącej niekompetencji, ewidentnych zaniedbań, głupoty lub braku
samodzielnego myślenia w gospodarce mają jakiś związek z wejściem na rynek
pracy wielkiej rzeszy absolwentów marketingu i zarządzania oraz innych tego
typu kierunków w niepublicznych uczelniach, jest złośliwa. Tak samo jak
sugestia, że gdy będziemy mieli kiedyś poprawnie funkcjonującą gospodarkę, zarządzaną przez prawdziwych menedżerów, to
podobnie jak w Ameryce, Anglii i jeszcze kilku innych krajach, ukończenie (z
dobrym wynikiem) dobrego uniwersytetu będzie gwarancją uzyskania ciekawej,
wysoko opłacanej pracy. Oczywiście, jak absolwentowi nie będzie to odpowiadało,
to założy sobie jakiś tam biznes.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz