niedziela, 25 listopada 2012

Od krema do Matuzalema



Podczas gdy polscy uczeni nurtu akademickiego nic dochodowego nie potrafią wymyślić, praktycy-kosmetologowie wdrażają osiągnięcia noblistów z pożytkiem dla siebie i krajowej gospodarki.



Uważam, iż ambitna firma kosmetyczna, która z taką łatwością opanowała sztukę utrzymywania telomerów w skórze powinna niezwłocznie podjąć prace nad utrzymywaniem ich w człowieku w ogóle. W końcu uwarunkowany skracaniem telomerów mechanizm starzenia się skóry jest taki sam jak starzenia się wątroby lub nerek, więc cudowna substancja dosypywana do kremu powinna działać także po umieszczeniu w kiełbasie, serze, kroplówce lub lewatywie.

Wiadomości, Komentarze i Cytaty (3)



Wbrew tendencji naszej epoki trzeba rzeczy nazywać po imieniu: transplantacja jest to żerowanie na trupach, nowoczesne ludożerstwo, neokanibalizm. ………
Przeciw tej tezie można łatwo podnieść obiekcję, że przeszczepionych organów przecież się nie je. Zastanówmy się jednak nad jej zasadnością. ……….
Ani ludożerstwo rytualne, ani magiczne nie ma zatem charakteru gastronomicznego, a cel tego drugiego jest taki sam, jak transplantacji: wzmóc gasnące siły życiowe konsumenta tą siłą witalną – magiczną czy biologiczną – która tkwi jeszcze w sercu czy nerce konsumowanego trupa. ……
Gdyby zresztą wzniosłość celu („ratowania życia”) miała usprawiedliwiać konsumowanie ludzkich zwłok, to nie wiadomo dlaczego taką zgrozę miałyby budzić wieści o przypadkach ludożerstwa podczas głodu na Ukrainie …..  . Czemu więc to, że ktoś przeżył, bo ugotował i zjadł cudze serce, miałoby być rzeczą potworną, a to, że ktoś przeżył, bo mu na surowo wszczepili cudze serce miałoby być  (………)  „moralnie obojętne”?
     
Bogusław Wolniewicz. Neokanibalizm. „Res Publica” nr 9-10, 1991. 
 

niedziela, 18 listopada 2012

NIEINOWACYJNE ZAKAŁY



Poprzedni wpis mógłby sugerować, że Polacy mają jakiś defekt, uniemożliwiający im dokonywanie wynalazków. „Polacy” to chyba jednak w tym kontekście zbyt szeroka kategoria. Najlepsze pomysły, zasługujące na międzynarodowe patenty, są w krajach rozwiniętych dokonywane przez wysokiej klasy specjalistów i duże zespoły badawcze. Stąd blisko do wniosku, że winę za żenująco małą liczbę uzyskanych przez nas międzynarodowych patentów ponoszą polscy uczeni. To przecież oni dysponują wysoce specjalistyczną wiedzą i umiejętnością oraz możliwością prowadzenia badań. Ponieważ dotychczas przeprowadzone sekcje zwłok i rezonanse magnetyczne nie wykazały, by mieli źle zbudowany mózg, przyczyna może tkwić w jego pobudzeniu. Szlachta z MNiSW poszła tym szlakiem rozumowania i uznała, że trzeba pobudzić uczonych do wynalazczości za pomocą perswazji ustnej, pisemnej i pieniężnej.
Można spytać, jaki jest bardziej ogólny sens tego działania i dlaczego podjęło je Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa wyższego, a nie Ministerstwo Gospodarki na przykład. W odpowiedzi usłyszymy odpowiedź, że pomysły uczonych są podstawą konkurencyjności (a więc i rozwoju) każdej nowoczesnej gospodarki. Osoby naiwne mogłyby uznać, że jest to prawidłowa odpowiedź, przynajmniej na pierwszą część pytania. Sensowna ona jednak nie jest, dotyczy bowiem nowoczesnej gospodarki, a pytanie dotyczyło gospodarki krajowej.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: podjęte przez MNiSW działania nie mają żadnego sensu, a w związku z tym, że służyć mają podobno gospodarce, to ich wdrożeniem powinien zająć się (na własny koszt i odpowiedzialność) zupełnie inny resort. Nasza gospodarka nie jest nowoczesna. Jest prymitywna, i jako taka nie potrzebuje żadnych zaawansowanych technicznie innowacji – nie potrafiłaby ich bowiem wchłonąć i spożytkować. Co za tym idzie, nie da się w nią wtłoczyć na siłę produktów zaawansowanej myśli naukowej, przełomowych patentów itp. bzdur. To co wytworzą nasi uczeni szybciej zakurzy się i rozpadnie na półkach urzędów patentowych, niż podkręci polską gospodarkę.
Jest ona prymitywna nie ze względu na lenistwo uczonych i brak patentów, ale ze względu na prymitywizm olbrzymiej większości polskich przedsiębiorców/biznesmenów. Poza jednym czy dwoma chlubnymi wyjątkami, dorobili się oni na handlu jabłkami, ropą, lub kręceniu lodów. Najlepiej wykształceni z nich to zwykli spekulanci, tyle że na większą (np. giełdową) skalę. Wszyscy do kupy nie tworzą elity gospodarczej dysponującej wiedzą i wizją – są powiązaną interesami grupą pierwszego pokolenia dorobkiewiczów, dysponujących jedynie tupetem i pieniędzmi. Hołubieni przez siebie nawzajem, rząd, obłaskawione przez nich media i powołane z ich udziałem instytucje finansowe oraz pseudoeksperckie, tkwią w samozadowoleniu i mają poprzewracane w głowach. Myślą, że wszyscy powinni darzyć ich szacunkiem, który w dodatku powinien być proporcjonalny wyłącznie do wielkości zgromadzonego przez nich majątku. Tezę tą propagują szeroko w zakupionych bądź przejętych pokątnie  gazetach i innych publikatorach. Ludzie tego typu szybciej dadzą 10 milionów na każdy z kolei program „Tańca z gwiazdami” lub inny pasujący do ich poziomu wybryk, niż 20 tysięcy na jakieś tam badania. Oczywiście, ponieważ nie dadzą na nie ani centa, popierają gorąco rozwój różnych centrów innowacji i transferu technologii*, finansowanych z kieszeni polskich lub europejskich podatników. Może kiedyś nawet coś w nich powstanie, co ewentualnie im się do czegoś przyda. Za dopłatą zgodzą się przyjąć, choć woleli by kupić takie coś sprawdzone już za granicą.
 
 * Jedno z takich istniejących od 10 lat centrów publikuje coroczne sprawozdania, w których ujmuje także kwestie finansowe. Znalazłem tam dość dużo na temat pozyskanych funduszy (mniej więcej 2/3 od Ministerstwa, 1/3 od macierzystej uczelni) oraz ich wydatkowania, jednak wyszukiwanie w tekście słów „dochód”, „przychód”, „zysk” kończyły się zawsze tak samo: 


 Można przypuszczać, że tego typu centra to głównie biurokratyczne machiny zapewniające etaty dziesiątkom urzędników, mające marne szanse na wypracowania zysku ze sprzedaży lub transferu technologii. Poza głupimi pomysłami zajmują się przyciąganiem i dość kulawą obsługą funduszy unijnych. Gdy te przestaną płynąć, uczelniane centra innowacji i transferu technologii znikną równie szybko, jak się pojawiły, pozostawiając po sobie długi, z którymi macierzyste uczelnie, zrobione jak zwykle w balona przez ministerialną szlachtę, będą się męczyły aż miło.     

piątek, 9 listopada 2012

Antynomie ministerialnego rozumu (3)



Ze wstępu minister Kudryckiej do wydanego nakładem MNiSW podręcznika Krajowe ramy kwalifikacji w szkolnictwie wyższym jako narzędzie poprawy jakości kształcenia:

Wśród zaleceń Procesu Bolońskiego – wielkiej strategii budowy zintegrowanego obszaru szkolnictwa wyższego Europy, znajdują się dwa, z pozoru sprzeczne zadania: jedno zachęca do podtrzymywania i rozwijania różnorodnych form, programów i instytucji kształcenia na poziomie wyższym; drugie postuluje stworzenie możliwości porównywania osiągnięć i kwalifikacji osób uczących się.

Spokojnie, po zmianie tytułu podręcznika na „Dialektyka Bolońska” wszystko będzie OK.

Fanklub KRK


Z przyjemnością dowiedziałem się o powstaniu w Warszawie pierwszego w Polsce fanklubu Krajowych Ram Kwalifikacji. To dobrze, bowiem niedawno jeszcze wydawało się, że krąg miłośników KRK może ograniczyć się wyłącznie do szlachty rezydującej w MNiSW oraz osób, które zainkasowały honoraria za ich opracowanie. Założyciele fanklubu wyrażają nadzieję, że w najbliższym czasie powstaną wojewódzkie, gminne, a może i nawet wiejskie oddziały terenowe fanklubu, które zajmą się propagowaniem idei KRK wśród pracowników naukowo-dydaktycznych działających na tych szczeblach. Jest to pożądane, bowiem wokół KRK narosło w tym środowisku wiele konfliktów, które wynikają z niezrozumienia nowatorskiej idei. Ich wyrazem są bezprecedensowe ataki, a nawet kpiny [uniwersalny wzorzec efektów kształcenia], które obrażają Krajowe Ramy Kwalifikacji osobiście i wywołują rumieniec na twarzach ich twórców.
Należy zdać sobie sprawę, że studia wyższe stały się masowe – co drugi człowiek w wieku 19 lat zostaje studentem. W ciągu ostatniego dziesięciolecia liczba studentów wzrosła niemal pięciokrotnie; w efekcie, w murach uczelni znalazła się młodzież o bardzo zróżnicowanych predyspozycjach intelektualnych [Krajowe ramy kwalifikacji w szkolnictwie wyższym jako narzędzie poprawy jakości kształcenia]. Powstał więc problem, jak zorganizować proces kształcenia, by mogła podołać mu ta część młodzieży, która się do studiowania nie nadaje. Jest to problem istotny, bowiem młodzi ludzie o niższym potencjale intelektualnym też chcą dostać (lub kupić) dyplomy wyższych uczelni. W dobie budowania społeczeństwa opartego na wiedzy mają do tego prawo. Poza tym, w obecnej sytuacji gospodarczej nie mają nic lepszego do roboty.
Nadszedł więc czas, byśmy przestali traktować wyższe studia jako dostępne tylko wybrańcom. Przeprowadzona w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku reforma polskiej oświaty spowodowała bowiem, że dla wielu młodych ludzi studia wyższe stanowią pierwszy (i zazwyczaj ostatni) etap kształcenia. Przecież szkoła średnia dawno odstąpiła od kształcenia młodzieży, skupiając się na jej uczeniu. Istnieje duża różnica pomiędzy „uczeniem się”, „uzyskiwaniem wykształcenia” i „studiowaniem”. To ostatnie, zgodnie z duchem obecnie wdrażanej reformy szkolnictwa wyższego, realizowane będzie w ramach studiów doktoranckich. Absolwenci tych studiów po przeszkoleniu na zagranicznych postdokach uzyskają zdolność do twórczego myślenia.
Ataki na ideę powszechnego kształcenia, której najdoskonalszym ziemskim wcieleniem są Krajowe Ramy Kwalifikacji są głupie i staromodne. Fanklub KRK zwraca uwagę, że hołdowanie poglądom dziewiętnastowiecznego filozofa Le Bona:

dać człowiekowi oświatę, której nie będzie mógł twórczo zużytkować, to znaczy zniszczyć jego dumę i zrobić z niego buntownika

to wstecznictwo. Jest chyba dla każdego oczywiste, że Proces Boloński nie może doprowadzić do żadnych buntów, bo jest dobry.