piątek, 14 grudnia 2012

Materiały uzupełniające

Do tego........ 
Z wywiadu z Krzysztofem Diksem:
Odwróciłbym problem i zapytał polskich przedsiębiorców, na ile gotowi są współpracować z uczelniami: poświęcać czas swoich współpracowników na kontakty i współpracę ze studentami, na włączanie studentów do realnych przedsięwzięć, na wynagradzanie ich w godziwy sposób. 



Dotychczasowy sposób wydawania pieniędzy na innowacje to głównie psucie rynku innowacyjności. Cały program „Innowacyjna gospodarka” jest antyinnowacyjny, właśnie dlatego, że zajmuje się wtłaczaniem innowacji do przedsiębiorstw zamiast tworzyć warunki, by przedsiębiorstwa były innowacyjne.





Poland, the biggest economy in eastern Europe, has seen two decades of vigorous economic growth and yet – based on several different measurements – is one of Europe’s least innovative economies. To compete in the future, the country will need to replace its low costs with innovation.

Ale – jak przypuszczają autorzy w tytule tego artykułu, Polska się na tej drodze potknie (!). Też mi odkrycie.

A tutaj o wyłudzaniu przez przedsiębiorców pieniędzy przeznaczanych na badania z NCBR-u. Nie dość, nie chcą wydać ani grosza na badania z własnej kieszeni, że chcieliby finansowania przydatnych im innowacji z kieszeni podatnika, to jeszcze żądają pieniędzy za pozorowanie badań. 

  .... i do tego


Spore pieniądze unijne przeznaczane są na uniwersytety, budujemy za nie laboratoria uniwersyteckie i nowoczesne kampusy. Chciałem jednak wobec tego zapytać: jakie jest przeciętne wynagrodzenie adiunkta w Polsce? Jeśli więc środki unijne mają zbudować potencjał rozwojowy w nauce, to nie powinny być przeznaczane tylko na odnawianie starych budynków i budowanie nowych, ale na stworzenie systemu, w którym adiunkt – czyli podstawowy pracownik naukowy – otrzymuje wynagrodzenie pozwalające mu na utrzymanie rodziny, a tym samym skoncentrowanie się na pracy. Jeżeli nie będziemy mieli dobrej klasy adiunktów i to w odpowiedniej liczbie, to nie stworzymy dobrej nauki. Niezależnie od tego, ile będziemy mieć świetnych laboratoriów.

 

środa, 12 grudnia 2012

Wiadomości, Komentarze i Cytaty (4)

Tekst poniższy znalazłem tutaj. Zamieszczam, choć mnie zupełnie nie śmieszy. Może jednak kogoś (patrzącego z większego dystansu ?) rozbawi ......




Zagrożenia dla nauki i uniwersytetu w Polsce w Roku Pańskim 2012.

Zamiast wstępu.




Cóż możemy wywnioskować z tej prezentacji trójki ministrów spośród z 5-osobowego kierownictwa MNSzW? (Nb, jeden z pozostałych wiceministrów, pracujący wyłącznie w SGGW, zrezygnował 27 kwietnia ze stanowiska. Najwyraźniej klimat w ministerstwie sprzyja bardziej wieloetatowcom.)

Po pierwsze można postawić tezę, że wieloetatowość jest bardzo powszechna w polskim szkolnictwie wyższym. (No bo model awansu naukowego raczej nie sprzyja – wydawałoby się – wieloetatowcom, a jeśli jest ich tak wielu na samej górze, to cóż musi być na dole?) I jest tak rzeczywiście – 2/3 nauczycieli akademickich pracuje na więcej niż jednym etacie.

Po drugie, można mówić o symbiozie szkół prywatnych i publicznych. Postronny obserwator mógłby mniemać – na podstawie tych 3 biogramów -, że najwyraźniej uczelnie prywatne mają trudności w zdobyciu własnej kadry. I co więcej, że polskie prawo pozwala profesorom uniwersytetów na pracę poza uczelnią macierzystą. 



Zagrożenia.

Przedstawiona lista jest zapewne niekompletna, ale rozwija te powierzchowne obserwacje, które poczyniłem powyżej. Większość spośród nich ma związek z istnieniem szkół niepublicznych. Wypada zatem w tym miejscu podkreślić, że nie jestem wrogiem wyższych szkół prywatnych – a sądzę, że i moi koledzy z KSN NSZZ „Solidarność” też nie są. Winien jest model symbiotycznego/pasożytniczego współistnienia obu sektorów, który się w Polsce ukształtował.


1. Model współistnienia wyższych szkół publicznych i prywatnych - pasożytnicza symbioza.

Sektor prywatny dostał po 1989 r. zgodę na wykorzystywanie kadr uczelni publicznych.
Przypomnijmy za rocznikiem statystycznym GUS z roku 2011: w roku 2010 uczelnie prywatne – w liczbie ponad 320 – zatrudniały 503 pracowników naukowych w podstawowym miejscu pracy, spośród ponad 17 tys. pracowników akademickich. Zupełnie kuriozalnie mają się sprawy na niepublicznych uczelni ekonomicznych, gdzie na ponad 5600 zatrudnionych jedynie 26(!) pracowało tam w podstawowym miejscu pracy. Na tych uczelniach kształciło się ponad 204 tys. studentów (ok. 11% ogółu studentów w Polsce, 20% studentów niestacjonarnych, 40% ogółu studentów szkół niepublicznych), czyli niemal 3-krotnie więcej, niż na ekonomicznych uczelniach publicznych.
Istnieją podejrzenia, że próbą zaradzenia tej sytuacji jest obniżenie formalnych wymogów uprawniających do nauczania na poziomie wyższym w niedawno nowelizowanej ustawie o szkolnictwie wyższym. Jeszcze inni zwolennicy teorii spiskowych utrzymują, że instytuty Polskiej Akademii Nauki budzą zainteresowanie głównie jako rezerwuar wysoko kwalifikowanej kadry dla szkół prywatnych. To stąd mają się brać opinie – sam słyszałem taką wypowiedź prominentnego ministra obecnego rządu - jakoby instytuty PAN nie miały racji bytu.


2. Niezdolność państwa do właściwego dysponowania zasobami publicznymi.

Jest niezbitym faktem, ze w scientometrycznych klasyfikacjach międzynarodowych przodują – wśród uczelni polskich - uczelnie publiczne.
Przy wszystkich zastrzeżeniach jakie można mieć do scientometrii, nie da się zaprzeczyć, że daje ona fotografię światowego środowiska szkół wyższych zbliżoną do rzeczywistości. Można mieć wątpliwości, czy szkoła sklasyfikowana na pozycji 10. nie jest przypadkiem lepsza, niż ta z pozycji 1., a uczelnia z drugiego tysiąca może powinna się znaleźć w setce 7. lub w 25. Ogólny obraz, jaki dostarcza np. madrycki Webometrics, wydaje się jednak prawdziwy. A Webometrics umieszcza w roku 2012 w pierwszej pięćsetce dwie uczelnie krakowskie (UJ i AGH), dwie warszawskie (UW i PW) i jedną poznańską (UAM), w takiej właśnie kolejności, pośród 20365 jednostek. Dla porównania, w ostatniej setce jest 7 prywatnych uczelni. Wydział Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego (miejsce 1900.) - wypada w tej klasyfikacji lepiej od wszystkich polskich uczelni niepublicznych. Tymczasem rywalizację o granty różnego rodzaju wygrywają często podmioty niepubliczne mało znane . Dla przykładu, w jednym tylko konkursie 1/POKL/4.1.1/2010 zorganizowanym w roku 2010 przyznano ponad 70 mln złotych uczelniom prywatnym. Wyższa Szkoła Bankowa (miejsce 16579.) otrzymała prawie 7 mln złotych na realizację zadania „Socjologia w Bankowej – poszerzenie profilu kształcenia w WSB w Toruniu o wymiar społeczny”; za to zabrakło szczęścia AGH (miejsce 301.) na prowadzenie Nowoczesnych aspektów kształcenia wobec współczesnej gospodarki.
Państwo dotuje uczelnie niepubliczne. Co roku na stypendia dla studentów szkół prywatnych przeznacza się z państwowej kiesy ponad 350 mln zł, a kolejne miliony w postaci różnego rodzaju grantów Rocznie wydaje się kilkaset milionów złotych, dla zaspokojenia potrzeb uczelni prywatnych, w postaci grantów europejskich i innych.


3. Nieuzasadniona, inspirowana naiwnym liberalizmem – a przy tym patogenna - wiara w konkurencyjny system grantów w dziedzinie dydaktyki.

Przykład: kierunki zamawiane. Jest zasługą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, że zauważyło problem braku wykształconych kadr w niektórych dziedzinach. Rozwiązanie jakie przyjęto – konkursy na kierunki zamawiane przyznawane na stosunkowo krótki czas kształcenia – jest jednak drogie i niezbyt efektywne ze względu na krótki czas dofinansowania oraz zaskakujące rozstrzygnięcia konkursowe. Metoda zwiększenia popularności kierunków (radykalne podwyższenie stypendiów dla części studentów) jest ryzykowna moralnie a przy tym nie zapewnia stabilności rekrutacji. Prostsza byłaby np. stosowna wieloletnia modyfikacja algorytmów, według których liczona jest dotacja dydaktyczna dla wszystkich uczelni prowadzących kierunki deficytowe. Podobne rozwiązanie zostało przyjęte kilkanaście lat temu w Wielkiej Brytanii. Ale gdyby je wprowadzono, to czy Wyższa Szkoła Zarządzania "Edukacja" we Wrocławiu (miejsce 12512.) otrzymałaby kierunek zamawiany „informatyka” w ramach projektu Studiuj informatykę - otrzymasz stypendium? Albo czy Wyższa Szkoła Środowiska w Bydgoszczy (nieobecna w rankingu Webometrics) prowadziłaby kierunek zamawiany ochrona środowiska w ramach projektu Inżynier specjalista ochrony środowiska potrzebny od zaraz?


4. Niedofinansowanie sektora publicznego.

Tylko jeden przykład. Z publicznie dostępnych danych przygotowanych przez Uniwersytet w Shanghaju, wynika, że UJ nie mieści się wśród 700 najbogatszych uniwersytetów świata. Nakłady na 1 studenta dają UJ miejsce 667., a nakłady badawcze na jednego pracownika naukowego sytuują krakowski uniwersytet na miejscu 592. Pozycja Uniwersytetu Jagiellońskiego w trzeciej czy czwartej setce jest wobec tego nadspodziewanie dobra. Ale niedofinansowanie uczelni publicznych – jedynych, które wytrzymują porównania międzynarodowe – skazuje Polskę na peryferyjność na rynku idei, ludzkiej myśli i innowacji.


5. Załamanie demograficzne.

W najbliższych kilkunastu latach nastąpi spadek liczby studentów o 1/3.


6. Praca na dodatkowych etatach.

Podałem liczby odnoszące się do uczelni prywatnych. Ale i na uczelniach publicznych liczba etatów (c. 84 tys.) prawie o połowę przewyższa liczbę zatrudnionych w podstawowym miejscu pracy (c. 57 tys.) – dane GUS za rok akademicki 2010-2011. Przyczyną była i jest pauperyzacja środowiska akademickiego i naukowego. Jest to mechanizm samonapędzający się – dorabianie na dodatkowych etatach i wieloetatowość zmniejszają naciski płacowe na rząd, pomniejsza też zapotrzebowanie na granty naukowe. Następuje pogłębienie pauperyzacji i utrwalenie niskiej pozycji nauki i szkolnictwa wyższego w budżecie państwa.


7. Utrata zaufania społecznego – wiary w sensowność i wydolność polskiego systemu kształcenia na poziomie wyższym.

Poziom wykształcenia absolwentów szkół wyższych jest często niski. Nietrafiony jest profil kształcenia, chociaż to jest – moim zdaniem - czynnik drugorzędny. W Małopolsce nie pracuje połowa absolwentów uczelni z ostatnich lat. Nie sądzę, aby Małopolska była wyjątkiem. Sytuacja taka jest owocem 20 lat patologicznego modelu współistnienia szkół prywatnych i publicznych. My oczywiście rozumiemy powody takiej sytuacji. Społeczeństwo może jednak patrzeć na nas, na ministerstwo i na te 320 parę uczelni prywatnych jak na jedną całość. I może się w końcu zirytować.
Dodajmy też, że obecne władze ministerialne dużo mają na sumieniu w tym względzie. Przed chwilą przytaczałem konkretny przykład - Wyższa Szkoła Bankowa (miejsce 16579.) otrzymała grant na realizację zadania „ w Bankowej – poszerzenie profilu kształcenia w WSB w Toruniu o wymiar społeczny”; za to w tym samym konkursie AGH (miejsce 301.) grantu nie otrzymała. Absolwenci AGH praktycznie nie mają kłopotów ze znalezieniem pracy. Nie wiem nic o absolwentach WSB, ale podejrzewam, że sprawy się tu mają inaczej. Zasadne wydaje się twierdzenie, że władze naszego resortu nie dość, że nie zwalczają patologii, to je podtrzymują. I tu przytoczę cytat z ostatniego Newsletter MNiSW.


„Już 17 maja 2012 r. w Sali Kolumnowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przy symbolicznym okrągłym stole zasiądą rektorzy szkół wyższych wybrani na nową kadencję, przedstawiciele gremiów związanych z naukę i szkolnictwem wyższym oraz reprezentanci wiodących na polskim rynku firm, instytucji biznesowych i organizacji pracodawców. Celem spotkania jest wspólna
dyskusja środowisk akademickich i gospodarczych nad sytuacją absolwentów szkół wyższych na rynku pracy. Skuteczna współpraca uczelni z partnerami z gospodarki, której ramy prawne stworzyła nowa ustawa o szkolnictwie wyższym, jest szansą na to, by na rynku pracy w perspektywie kilku lat pojawili się absolwenci wyposażeni nie tylko w wiedzę, ale też w umiejętności i kompetencje pożądane przez pracodawców.”


Przypomnę pytanie Stefana Kisielewskiego: czy w Polsce zawsze musi być tak, że zegarmistrz, który zepsuł zegarek, musi go naprawiać?

Podsumowanie.

Powtarzam, na zakończenie, że nie jestem wrogiem wyższych szkół prywatnych – a sądzę, że i moi koledzy z KSN NSZZ „Solidarność” też nie są. Winien jest model współistnienia obu sektorów, prywatnego i publicznego, który się ukształtował po 1990 r. Nie jest winą uczelni prywatnych niewydolność publicznego systemu grantów albo ideologicznie motywowana skłonność decydentów państwowych do przenoszenia rywalizacji o granty na pole dydaktyki. Wydaje się jednak, że dla uzdrowienia sytuacji szkoły prywatne nie powinny być dopuszczone – dopóki nie okrzepną one same i odpowiednie (dysponujące odpowiednimi
kompetencjami) instytucje państwowe – do finansowania dydaktyki przez podmioty publiczne. Przypomnę uchwałę Rady Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „Solidarność” z dnia 21 kwietnia 2012 r., sprzeciwiającą się dotowaniu uczelni prywatnych. Trzeba znaleźć dla wyższego szkolnictwa prywatnego osobne miejsce.
Dodajmy, że całkowite publiczne krajowe nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe sięgają 15 mld zł rocznie. Jest to kwota zbliżona do ubiegłorocznych zysków netto sektora bankowego w Polsce, które – to nie jest żadna tajemnica – w większej części są wyprowadzane z Polski. Czy - i jakie – wnioski należy stąd wyciągnąć? Pozostawmy odpowiedź na razie czynnikom państwowym.

Przewodniczący Krajowej Sekcji Nauki NSZZ ‘Solidarność’
Prof. dr hab. Edward Malec
 

PORADNIK HABILITANTA DOŚWIADCZALNEGO



Nowe trendy habilitacyjne stanowią ulubiony przedmiot krytyki, szczególnie ze strony pretendentów do stopnia dr hab. Motywem większości krytykujących jest strach przed nieznanym, skądinąd zrozumiały, bowiem procedura w zamierzeniu przejrzysta, wygląda raczej mętnie. Nie rozumieją oni, dlaczego stawiane im wymagania, mające stanowić odejście od dotychczasowego, arbitralnego oceniania dorobku naukowego przez CK nie zostały przez tą instytucję sprecyzowane. Skoro deklaruje się, że podstawę oceny stanowić będą tym razem punkty MNiSW, przyznawane publikacjom kandydata, to dlaczego nie określa się chociażby liczby punktów wymaganych do wszczęcia procedury (oczywiście z uwzględnieniem specyfiki poszczególnych dziedzin) ?  
Powyższe pytanie, spędzające sen z powiek większości kandydatów, jest pozbawione sensu. Przecież gdyby CK określiła się w tym względzie, utraciła by coś, czego wyrzec się żadną miarą nie może. To coś, to niezbywalna przewaga instytucji nad kandydującymi do stopnia nieborakami, którzy powinni rozumieć, że od momentu złożenia wniosku aż do zakończenia procedury, są całkowicie zdani na jej łaskę. Niedopuszczalne jest bowiem, by kandydat, zamiast obgryzać przez kilka miesięcy ze strachu paznokcie, wiedział z góry iż spełnia wymagania i w związku z tym habilitacja należy mu się jak psu kiełbasa. Rzecz by to była, doprawdy, niesłychana. Poza tym, niektóre miłe decydentom osoby w ogóle nigdy nie mogły by nawet wszcząć wspomnianej procedury, i to wyłącznie z powodu braku bezwzględnie wymaganego dorobku punktowego, co jest niedopuszczalne.
Na szczęście, uzyskanie upragnionego stopnia dr hab. można, bez uzyskania tajemnej wiedzy punktowej, przynajmniej uprawdopodobnić. Na podstawie rozległej analizy bibliometryczno-socjologicznej można sformułować kilka rad, których przestrzeganie powinno zapewnić sukces: 

1) O ile możesz, wyjedź na staż do jakiegoś mocnego ośrodka naukowego. Nie wychylaj się jednak ze swoją tematyką, lecz przyłącz do projektu aktualnie tam realizowanego, choćby zupełnie rozmijał się z twoimi zainteresowaniami. Uwolni cię to od myślenia (na które być może cię nie stać), a w zamian za ciężką pracę fizyczną w laboratorium staniesz się jednym ze współautorów publikacji, której napisaniem nie będziesz się musiał zajmować. Preferuj duże zespoły, bowiem czym więcej autorów, tym więcej cytacji – każdy z nich zacytuje pracę, w której brał udział co najmniej kilkakrotnie w ciągu najbliższych lat. Co ważne, jeśli zaprzyjaźnisz się z nimi (najlepiej to zrobić przy piwie), podpiszą ci papier, że twój udział w wytworzeniu publikacji był znaczący (np. 70%). Im to naprawdę zwisa, przecież i tak nikt tego nie sprawdzi.
2) Powtórz to co wyżej, o ile to możliwe, jeszcze raz.
3) Dogadaj się z kolegami z kraju, reprezentującymi podobną specjalność (czym będzie ich więcej, tym lepiej), że dopiszesz ich do swoich prac w zamian za to samo z ich strony. Pracuj systematycznie, ale bez przesady, wystarczy jedna dobrze ulokowana praca na rok. Przy trzech kolegach publikujących podobnie, osiągniesz cztery wysoko punktowane prace na rok.
4) Jeśli masz dostęp do unikalnej aparatury i/lub opanowałeś dobrze jakąś technikę badawczą, współpracuj z wszystkimi potrzebującymi badań w tym zakresie, wykonując dla nich analizy przy których się zbytnio nie narobisz, w zamian za współudział w publikacjach uwzględniających uzyskane przez ciebie wyniki. W ten sposób uzyskasz następne publikacje nie zaprzątając sobie zbytnio głowy zagadnieniami, których dotyczą.
5) W każdej ze swoich prac cytuj się obficie, postaraj się także przemycić swoje cytacje do prac, w których jesteś współautorem. Jeśli nie będziesz z tym przesadzał, koledzy się zgodzą, nawet jeśli twoje prace będą tylko luźno związane z ich tematem. Umożliwi ci to nie tylko zwiększenie liczby cytacji, ale i osławionego indeksu Hirscha. Możesz być pewien, że ci to pomoże w habilitacji, bowiem ostatnio nikt już nie zajmuje się takimi drobiazgami jak udział autocytacji w kształtowaniu wyżej wymienionych wskaźników. 
6) Po trzech latach podlicz punkty i cytacje, następnie zaś napisz wniosek do FNP o stypendium dla wybijających się młodych naukowców. Jeśli punkty 1-5 zostały wypełnione, z pewnością uzyskasz nie tylko pieniądze ale i osiągnięcie które będziesz mógł wykazać we wniosku habilitacyjnym.
7) Po następnych dwóch latach podlicz punkty i cytacje, zerknij na uzyskany indeks H i przygotuj wniosek do CK. Jako osiągnięcie wykaż publikacje, które samodzielnie w minionych latach napisałeś. Jeśli konsekwentnie trzymałeś się w nich wybranego tematu badań, sukces gwarantowany.
8) Gdybyś jednak miał jakiegoś zupełnie niewytłumaczalnego pecha, nie martw się. Masz trzy lata na ponowienie starań. Twoje wskaźniki przez ten czas tak urosną, że habilitację otrzymasz na bank.

Nie ulegaj frustracji, gdy zobaczysz, że niektórzy rówieśnicy wykazali w swoich wnioskach do CK wyższe wskaźniki. Nie oznacza to bowiem, że są zdolniejsi lub bardziej pracowici – najprawdopodobniej udało im się uzyskać większą 'grupę wsparcia' niż tobie, bądź więcej razy wyjeżdżali za granicę. Może zresztą mieli dostęp do bardziej unikalnej aparatury niż ty i wykonali na niej więcej drobnych analiz, potrzebnych uczonym z innych ośrodków. Albo po prostu spreparowali wyniki. Pamiętaj, że w naukach doświadczalnych nie ma cudów – nikt nie jest w stanie w istotnym stopniu przyczynić się do wytworzenia dużej liczby dobrych, nieskłamanych publikacji rocznie. Jedna na rok, wykonana osobiście i rzetelnie to naprawdę dobry wynik. W zasadzie osoby wykazujące się nadzwyczaj dużą liczbą publikacji można z góry uznać za podejrzane. Z pewnością więc nie masz sobie nic do zarzucenia: funkcjonujesz w idiotycznym systemie i musisz się w nim utrzymać.

Zauważ, że wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby przyjęto inne zasady oceniania twojego dorobku. Na przykład opierające się przede wszystkim na pracach, w których  byłeś głównym i/lub korespondującym autorem. Ale do tego nigdy nie dojdzie !

Jeśli nie odpowiada ci to wszystko, co zostało powyżej poradzone, przeczytaj artykuł pt. „Krew, pot i łzy” (w tym numerze PAU-zy) i podejmij stosowną decyzję.