Wielu z nas zastanawia się, co dobrego wniosły na uczelnie różnego rodzaju przetargi i czy nie można było się bez nich obejść. Procedury przetargowe, a także wymuszone przez środowisko co bardziej zdeterminowanych pracowników nauki ich ułatwienia wprowadziły wiele zamieszania, dodatkowych utrudnień i nerwowych sytuacji, których można było przecież uniknąć, rezygnując z tego pseudotransparentnologicznego wynalazku.
Wskutek jego wprowadzenia uczony, zamiast zajmować się nauką lub kształceniem młodzieży, zajmuje się planowaniem zakupów na przyszły rok (bo dział zamówień tego wymaga), lub gonieniem po sklepach i sprawdzaniem cen ołówków lub probówek, które może już kupić bez przetargu, ale pod warunkiem przedstawienia kilku ofert cenowych.
No może przesadziłem, bo jeśli nie jest idiotą, planuje na wyrost i z nadmiarem (chcąc uniknąć tłumaczenia, dlaczego zamówił za mało, albo w ogóle nie zamówił, a teraz mu się zachciało), a ceny ołówków i innych drobiazgów wysysa z palca. Nie ma czasu ani ochoty prowadzić badań rynkowych, tylko zupełnie inne badania, a te wymagają - mimo wszystko - trochę czasu i skupienia na czymś innym niż zaspokajanie zachcianek biurokratów. Czasem tylko się zdziwi, gdy dostanie zakupione przez uczelnię na drodze przetargu trwale odkształcające się spinacze, wyschnięte pisaki lub nie nadające się do użytku segregatory. Ale nie aż tak, by dociekać przyczyn tego marnotrawstwa. Świta mu jednak w głowie, że gdyby mógł po prostu pójść do sklepu i kupić te wyroby, to by chyba lepiej wydał przeznaczone na nie pieniądze.
Niestety, przetargów prowadzonych centralnie nie unikniemy, bowiem stanowią one doskonałą okazję do korupcji. Ta zaś, jak wiadomo, powinna się rozwijać, choćby po to, by państwo mogło z nią walczyć. Comiesięczny zakup paru paczek papieru do kserokopiarki przez zakład lub katedrę stwarza małą szansę skorumpowania przedstawiciela tej instytucji przez sprzedawcę wyrobu (choćby ze względu na znikomą kwotę ewentualnej gratyfikacji), natomiast sprzedaż w skali większej, np. uczelnianej, dotycząca jednego lub dwóch wagonów papieru miesięcznie to zupełnie co innego. "Ziarnko do ziarnka, a uzbiera się miarka", mówi znane przysłowie, które na obecnym etapie nie dotyczy już oszczędzania, lecz możliwości kreowania korupcji pod pozorem walki z korupcją.
I to właściwie wystarczy, by zrozumieć istotę centralizacji przetargów i nie tylko. Mechanizm jest uniwersalny i obejmuje wszelkie inne zakupy oraz usługi oraz kolejne szczeble organizacyjne.
Gdy usłyszymy, że jakieś przetargi przeszły jeszcze wyżej, na szczebel ogólnokrajowy, nie bądźmy zdziwieni. Bądź co bądź, w skali kraju uczelnie potrzebują setek wagonów papieru miesięcznie .... .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz