Jak wiadomo, reforma polskiego szkolnictwa wyższego przebiega pod dyktando ekspertów firmy Ernst & Young, którzy, za odpowiednią opłatą sporządzają różne zalecenia, które tubylcza arystokracja naukowa wdraża z godną podziwu gorliwością. Stosowanie się do tych zaleceń skutkować miało rozkwitem szkolnictwa wyższego: wprowadzeniem kilku krajowych uniwersytetów do pierwszej setki uczelni europejskich, polepszeniem jakości kształcenia, wzrostem poziomu badań i innowacyjności, oraz innymi trudnymi do spamiętania korzyściami, obiecywanymi przez Panią Kierowniczkę z Białegostoku. Wdrożone przez nią recepty okazały się oczywiście nieskuteczne, a nawet szkodliwe, no i mamy to, co mamy: stagnację, wzrost biurokracji i kompletny brak pomysłu jak się z tego wygrzebać.
Chociaż Obywatele Nauki robią co mogą, nie wykraczając przy tym zbytnio poza wytyczone odgórnie standardy (Pakt dla nauki), to niewykluczone, że ministerialna szlachta po wykonaniu kilku grzecznościowych ukłonów w ich stronę znowu zwróci się po inspirującą ekspertyzę do E &Y, bo taka jest logika działania obowiązującego systemu. Nie trudno przewidzieć, że ekspertyza zawierać będzie te same recepty z zaleceniem bardziej energicznego ich wprowadzania. Ewentualnie ministerstwo zabierze się do bardziej energicznego wprowadzania ustalonych już wcześniej zmian samo z siebie (nie dając przy okazji zarobić ekspertom z E & Y, co wydaje się jednak mniej prawdopodobne). Czeka więc nas następna runda reformy, z której wyjdziemy jeszcze bardziej poobijani.
W atmosferze ogólnego niezadowolenia odbywają się w międzyczasie walki buldogów pod dywanem, dotyczące różnych aspektów reformy np. pomiędzy uczelniami a Państwową Komisją Akredytacyjną, która zgodnie ze strategią opracowaną przez E & Y stała się kluczowym ogniwem zapewniania tzw. jakości kształcenia. Według przewidywań ekspertów, "poszerzenie zakresu kompetencji i zwiększenie zasobów PKA, a także zmiana
jej struktury organizacyjnej zwiększy sprawność jej działania i pozwoli
zapewnić uczelniom na dużą autonomię merytoryczną (pisownia oryginalna) przy jednoczesnym
zagwarantowaniu zachowania określonych standardów jakości".
Wbrew przewidywaniom, biurokratyczne zachcianki tego organu stały się tak nieznośne, że podporządkowana ministerstwu rada mandarynów (Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego) upubliczniła nawet raport w tej sprawie, w którym pisze między innymi, że głównym efektem działania PKA "jest
skupienie uwagi osób odpowiadających za zapewnianie jakości kształcenia w
uczelniach przede wszystkim na drugo-i trzecioplanowych zagadnieniach natury
biurokratycznej", w końcu stwierdzając, "że jeśli jedyną motywacją dla tych działań jest stworzenie
dobrze udokumentowanego systemu, który przypadnie do gustu ekspertom PKA, należy
od tego odstąpić jak najszybciej".
Nic z tego, niestety, bowiem według tego samego raportu, budowa kultury jakości kształcenia według forsowanych przez E & Y standardów to nadrzędny cel działań, zatwierdzony przez
"Bologna Follow-Up Group 19 września 2014 r. do przedstawienia na forum
konferencji ministrów odpowiedzialnych za szkolnictwo wyższe w krajach Procesu
Bolońskiego 14 - 15 maja 2015 r. w Erewaniu".
I pomyśleć, że jeszcze niedawno, przekazy płynące z Erewania nie były u nas traktowane zbyt poważnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz