Wielu z nas wciąż zastanawia się, na czym skończy się operacja podwyżek płac w szkolnictwie wyższym, bo nie do końca ufa zapewnieniom ministerialnych bonzów. Według doniesień prasowych i wpisów na stronie ministerstwa zyskać powinniśmy już średnio 20% (w przyszłym roku wzrost naszych pensji ma sięgnąć 30%), ale podobno wiele zależy od uczelni. Przesyłane z ministerstwa pieniądze mają w całości pójść na płace, a nie na doraźne łatanie dziur w ich budżecie, no i oczywiście mają być rozsądnie (a więc nie wszystkim po równo) dzielone. Szczegółowe zasady podziału pieniędzy na konkretnej uczelni/wydziale pozostają jednak często niejasne. Uczelniany plebs śledzi więc różne pisma i publikacje, słucha plotek i studiuje (zazwyczaj bez zrozumienia) paski wypłat, żeby się zorientować o co w tym wszystkim chodzi.
Wskutek tegorocznej podwyżki podstawa pensji większości nauczycieli akademickich wzrosła zaledwie o kilkadziesiąt złotych. Pojawiły się dodatki motywacyjne, raczej poniżej oczekiwań, które mają być wypłacane przez rok. Co potem z tymi bonusami - nie wiadomo. Ponieważ przed nami jeszcze jeden etap podwyżki, istnieją obawy, że tegoroczny dodatek wyparuje bez śladu i pojawi się kolejny, zbliżonej wysokości. Niektórzy optymiści wierzą w kumulację dodatków. Szczęść im Boże. Za rok-dwa wszystko się wyjaśni, wystarczy więc odrobina cierpliwości i (ewentualnie) wyrozumiałości, gdyby i z tym dodatkiem coś się miało porobić.
Cierpliwość i wyrozumiałość uczelnianego bentosu to fundamenty na których zbudowano cały system szkolnictwa wyższego w Polsce. O ile pierwsza cecha wkrótce utraci znaczenie (obecne zatrudnieni nie będą już mieli na co cierpliwie czekać, wszystko co najlepsze za nimi) o tyle druga ma wielką przyszłość. Dodatek do pensji można bezkarnie obniżyć bądź zagrabić (zależnie od stanu finansów państwa, uczelni, wydziału, bądź instytutu), zakładając wyrozumiałość oskubywanych. Przy jej braku mogło by dojść do buntów a może nawet zamieszek na uczelniach i poza nimi. Na szczęście zlecone przez ministerstwo badania socjologiczne wykazują podwyższony poziom wyrozumiałości u kadry akademickiej. Spowodowany jest on najprawdopodobniej niskokaloryczną dietą, pozbawioną pełnowartościowego białka. Jak podkreślają zagraniczni eksperci, dieta taka wywołać może nawet utratę pamięci, co dodatkowo zabezpiecza krajowy system szkolnictwa wyższego przed zaburzeniami.
Głodowy defekt pamięci powoduje między innymi brak reakcji środowiska akademickiego na niewypełnianie przez rząd przepisów ustawy z 2005 roku, regulujących wysokość wynagrodzenia poszczególnych grup pracowników publicznych szkół wyższych w odniesieniu do tzw. kwoty bazowej (osławione 3:2:1,25:1,25). Obecna Ministra Szkolnictwa Wyższego i Nauki, wzorem swojej Znakomitej Poprzedniczki nie wydaje aktualizujących rozporządzeń, choć jest do tego zobowiązana. W zarządzanym przez nią resorcie czas się zatrzymał w 2006 roku. W pozostałych resortach, o dziwo, czas biegnie normalnie i kwota bazowa z roku na rok przyrasta. Ciekawe, czy istnieje w naszym kręgu cywilizacyjnym jeszcze jakiś kraj, w którym takie zjawiska są w ogóle możliwe ?
W wyniku działania przedatowanego rozporządzenia, akademickie pensje są o połowę niższe niż być powinny. Rażeni amnezją pracownicy świętują jednak podwyżkę, a uczelniani mandaryni zamiast zrobić raban pochowali się po rektoratach. Piją herbatę i biorą na przeczekanie. Ktoś, kto jakimś cudem zachował pamięć, zamieścił na fejsbuku Apel o Podwyżki w Szkolnictwie Wyższym i liczy na odzew.
Najwyraźniej uwierzył, że żyje w praworządnym kraju, posiadającym normalnie reagującą kadrę akademicką. Niskobiałkowa dieta zryła mu chyba beret, przez co doznał halucynacji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz