System oceny prac nadsyłanych do redakcji czasopism naukowych (peer review) ma długą tradycję i podobno nic nie wskazuje, by miał się skończyć. Niektórzy uważają, że w obecnym kształcie jest to system najlepszy z możliwych, co oznacza najprawdopodobniej tyle, że gdyby spełniał idealistyczne założenia (których często nie spełnia), trudno byłoby wskazać dla niego rozsądniejszą alternatywę.
Owe założenia dotyczą redaktora, odpowiedzialnego za decyzję wydawnictwa oraz recenzentów: redaktor powinien znać się na rzeczy, recenzenci powinni być obiektywni, fachowi i życzliwi. W praktyce oznacza to, że redaktora stać na samodzielną decyzję w oparciu o przesłany tekst, recenzje i ewentualne wyjaśnienia/poprawki autora, recenzenci zaś znają dobrze daną dziedzinę badań, nie kierują się uprzedzeniami, nie forsują na siłę własnych poglądów oraz szanują prawa autora, ograniczając swoją ingerencję w napisany przez niego tekst do niezbędnego minimum. Jeśli praca jest według nich zbyt słaba, powinni ją po prostu odrzucić, jeśli tak nie jest, powinni zachować umiar w jej "ulepszaniu" według własnego widzimisię.
Niestety, coraz częściej zdarza się, że wymienione wyżej warunki nie są spełniane: redaktorów nie stać na autonomiczne decyzje, a nawet na dokonanie samodzielnego wyboru właściwych recenzentów (patrz powszechny dzisiaj wymóg wskazania recenzentów przez autora), recenzujący zaś bardzo często nie spełniają wymogów obiektywizmu, fachowości i życzliwości.W sytuacji nieustannego pościgu naukowców za kolejnymi publikacjami (publish or perish) recenzenci uzyskują nadmierną władzę nad autorami, którzy tracą poczucie godności, zgadzając się na wszelkie sugestie i poprawki, choćby budziły poważne wątpliwości.
Powszechna dzisiaj praktyka ponownego odsyłania poprawionych prac do zaakceptowania przez recenzentów (spowodowana niekompetencją redaktorów, których nie stać na wydanie niezależnego werdyktu) zmusza autorów, chcących ujrzeć swą pracę w druku do godzenia się na najdziksze nawet fanaberie recenzentów. Powstała w wyniku takiego zespołowego majstrowania publikacja budzić może poważne zastrzeżenia. Podstawowe pytanie brzmi: czyim jest ona dziełem i kto powinien być pod nią podpisany? Formalnie, zmieniony (niejednokrotnie nie do poznania) tekst firmuje autor pierwotnego maszynopisu. W związku z tym ponosi odpowiedzialność także i za to, do czego został zmuszony przez jakieś anonimowe osoby. W tym kontekście gadanie o poszanowaniu własności intelektualnej, zachowaniu standardów i unikaniu konfliktów interesów w nauce zakrawa na kpinę.
Zupełna barbaryzacja wdrożonego przez redakcję procesu ewaluacji następuje wtedy, gdy maszynopis trafi do recenzenta-psychopaty. Jest to osobnik upajający się władzą nad autorem i korzystający z niej bez opamiętania. Zapominając, że ma do czynienia z cudzym dziełem, traktuje je wyłącznie jako mało wartościowy surowiec, z którego ulepić pragnie dzieło własne (tzn. całkowicie odpowiadające jego gustom, poglądom i wyobrażeniom). Psychopatę łatwo rozpoznać po nierealistycznych wymogach (dotyczących np. dokonania różnego rodzaju uzupełnień, które niewiele do pracy wniosą, ale za to będą dla autorów wyjątkowo uciążliwe) oraz zatrważającej liczbie wniesionych poprawek i komentarzy. Wśród tych ostatnich zazwyczaj znajdują się odwołania do prac własnych reviewera. Prawie każdy autor zetknął się zapewne z recenzentem-psychopatą, a jeśli nie - to się zetknie - liczba takich dewiantów nieustannie rośnie.
Dobrym sposobem na eliminację psychopatów byłoby ich rozpoznanie przez redakcje czasopism naukowych. Niestety, ze względów opisanych powyżej, niektórzy redaktorzy mogą mieć z tym poważny problem. Jedynym możliwym przeciwdziałaniem pozostaje więc odrzucenie psychopatycznej recenzji przez autora maszynopisu, choćby skutkowało to utratą możliwości wydrukowania pracy w danym czasopiśmie. Może to być bolesne, ale wcale nie wymaga szaleńczej odwagi. Co najwyżej odrobiny poczucia godności. W końcu są różne żurnale, różni redaktorzy i różni recenzenci. Niewykluczone więc, że przy odrobinie szczęścia, nasze dzieło trafi do normalnych ludzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz